
Miałem przyjemność cały zeszły tydzień łazęgować po czeskiej Pradze i okolicach – stąd też i brak felietonu w zeszły czwartek. Pomijając piękno samego miasta oraz wybitność ludzi, z którymi spędzałem czas; pomijając nawet to, że nie wziąłem prawie żadnego sprzętu ze sobą – Graczem jest się całe życie – i tak obserwowałem jak się miewa ichnia kultura pykania w twory wirtualne.

Na tyle tematów już pisałem, że najwyższa pora na poradnik. A ponieważ pisałem ostatnie GeStereo głównie o tym, jak w prosty sposób zachęcić się do gry na gitarze… Cóż. Teraz będzie o darciu japy, odstawianiu super-ekstra póz przed telewizorem oraz wtykaniu sobie mikrofonu gdzie popadnie. YEAH!

Pisane już było po sto razy, zarówno o grach poważnych, jak i tych totalnie idiotycznych. Tym razem pogadam sobie z Wami o moim ulubionym chyba odmóżdżaczu. Pomimo settingu, który na pierwszy rzut oka kojarzy się bezwiednie z raczej straszno-niewesołym klimatem… Cóż, wystarczy drugi rzut oka, by parsknąć śmiechem. Mowa o Left 4 Dead, jednej z ulubionych redakcyjnych strzelanek.

Od dawna chciałem już napisać parę słów o mojej ukochanej strategii. O tytule, który odessał mnie od Diablo 2, mistrzostw w gałę (który to był rok, nie pomnę)… Co więcej, wyjąłem nawet z napędu płytkę z Zeusem: Panem Olimpu (poważnie – nie ma wakacji, abym nie rozbudował jakiejś metropolii na maksa. Kocham klimacik). A wszystko po to, by zawirował cedek z Majesty: Sovereign of Ardania.

Niniejszy felieton powinien całkiem dobrze udowodnić tezę postawioną w zeszłym tygodniu – iż Gracze czynni, interesujący się branżą, zdobywają niesamowite ilości praktycznej wiedzy biznesowo-marketingowej śledząc po prostu co się dzieje z ich ulubionymi tytułami. A wiedzę najwyższej jakości czerpmy z dywagacji nad zachowaniem największego branżowego wymiatacza – Nintendo.

Okres dominacji tematu na szczęście już minął, przez długi czas było jednakże nieciekawie. Otwierałem gazetę – wszystko leciało na pysk; włączałem telewizor – banki eksplodowały w swej niewypłacalności; rzucałem okiem na dowolny portal informacyjny – świat zmierzał do upadku w gruzy. I zamienienia się w śmietnisko. Tak, i do dominacji szczurów.

Tym razem mój felieton będzie odrobinę inny niż zazwyczaj. Powody takiej niespodzianki są dwa – po pierwsze, właśnie czytacie pięćdziesiątą notkę na Gemono! Niby niedużo, a jednak całkiem sporo biorąc pod uwagę wiek naszej strony – mającej dopiero leciutko ponad miesiąc. Rozkręcamy się i na dniach uruchamiamy dwie kolejne spore użyteczności. A wraz z jedną z nich do naszego składu dołączy Adam Witeczek, znany również jako MasterMatrox. Poza przeznaczonym mu wypisem tasków ma chłopak również chęć popisać więc wstępnie możecie się z jego twórczością zapoznać poniżej. Oddaję pióro debiutującemu i zapraszam do czytania.

Nic mnie tak nie wkurza jak nietrafiony bohater. Niezależnie od medium – w filmie pierdoły zwyczajnie nie zniosę, jeszcze gorzej gdy trafię na takowego w książce. W grach zaś jest już chyba najbardziej przerąbane; wyobraźcie sobie, że sterujecie postacią. Możecie jej kazać coś robić, podejmować za nią decyzja. A ta I TAK na upartego zachowuje się jak niedorobiony dzieciak.

Dzisiaj znowu zaprezentuję Wam odrobinę inny tok myślenia. Dlaczegóż to? Tnę bowiem wczoraj grzecznie w Final Fantasy IV, farbuję zgodnie z fabułą swe fioletowe kudły na lśniącosiwy kolorek, biegnę gdzie mi każą, leveluję całkiem szybko i… I spotykam takiego bossa, którego nawet podbicie całej drużynie poziomu o blisko jedną czwartą nie przekonuje do przyjmowania na klatę damage’u. Po trzech czy czterech podejściach kartridż poszedł do pudełka. A wieczór był młody. I zza okna wciąż światła trochę padało. Sięgnąłem więc po (pożyczone, yeah) Peggle.