
Dzięki rozwojowi Internetu i jego dostępności (w końcu zsieciowany jest „każdy”) dużo łatwiej jest dzisiaj pograć w jakąś grę wieloosobową. Spójrzmy: nie musimy iść do znajomego tudzież namawiać znajomych na wypad do nas, kafejki internetowe też straciły na popularności. Cztery kliknięcia myszką – dwa na pulpicie, kolejne dwa w przyciski „multiplayer” oraz „refresh”, tudzież parę ruchów gałką na padzie – i proszę, już możemy mordować innych graczy w Call of Duty 4. Właśnie ostatnia gra Infinity Ward jest dobrym przykładem pozycji ze świetnym trybem sieciowym. Ba, dla niektórych był on głównym powodem do wysupłania kaski na to dzieło. Ale czy każda nowa gra MUSI oferować tryb multiplayer?

Każdy z nas lubi, jeśli inni go szanują. Podobnie jest z grami: kiedy widzimy, że deweloper szanuje nas jako klienta, dużo chętniej wydajemy ciężko uciułane pieniądze na jego dzieło. I tu pojawia się pewien smutny fakt: twórcy gier (tudzież ich wydawcy) ostatnimi czasy coraz rzadziej okazują nam respekt.

Nieraz spece od marketingu starają się zachęcić nas do kupna gry hasłami określającymi daną pozycje jako „wielką przygodę!”. Wiecie, o co mi chodzi? „Przygoda, której nie zapomnisz!”, „Przeżyj wspaniałą przygodę w pięknej krainie!” i setki podobnych fraz. I my kupujemy te gry (choć jako gracze raczej według opinii branżowych ekspertów, a nie haseł na pudełku) i cieszymy się z nich. Ale ja czasem zatrzymuję się, żeby pomyśleć „jasne, gierka świetna, ale gdzie, u licha, podziała się przygoda?!”.

Dobrych kilka tygodni minęło od czasu, kiedy ostatni raz mogliście czytać moje okołogrowe wypociny. Dla przypomnienia: w poprzednim odcinku nie zgodziłem się z ludźmi uważającymi obecną generację konsol za słabą. Argumenty jakie przytoczyłem, to rozwój niedzielnego gierania (który, wbrew opinii publicznej, uważam za dobre zjawisko dla branży), gry stawiające na twórczość użytkowników oraz danie możliwości rozwoju niezależnym i mniejszym twórcom. Dzisiaj kontynuujemy wątek.

Ostatnio natknąłem się na grupę osób uznających panującą obecnie generację konsol za… beznadziejną. Ma skromna osoba – wielce takim poglądem zdziwiona – postanowiła napisać ten oto felieton. Chciałbym wszystkim pokazać, dlaczego siódme już pokolenie maszynek do grania jest – pozwólmy sobie na takie słowo – niesamowite.

Valve - któż nie zna tego studia? Twórcy Half-Life, Counter-Strike’a… dorobek niezły, trzeba przyznać. Ale jak się zgadzam, ze te dwie serie są świetne, tak nie podpisałbym się nawet jedna ręką pod stwierdzeniem „to najlepsze gry Zaworu”. Bo jest jedna lepsza.

Mass Effect, wersja na komputery osobiste. Premiera w Stanach Zjednoczonych – 28 maja 2008. Europa? 6 czerwca. Preorderowcy z Anglii grają już drugiego. Wiecie, ja też złożyłem zamówienie przedpremierowe, ba! Zastanawiałem się nad edycją kolekcjonerską! Dlaczego mojemu napędowi DVD nie było dane zasmakować tej cudnej giery?

Od dawien dawna kobieta miała swoje miejsce w elektronicznej rozgrywce. Jednak gry wideo zawsze były zdominowane przez silnych, umięśnionych mężczyzn, gotowych w każdej chwili złapać spluwę i ruszyć na ratunek księżniczce. Tak było w latach ’80 i – niestety – sytuacja nie uległa znacznej poprawie nawet w XXI wieku.

Dobry wieczór! Na łamach Gemono! dość często poruszany był temat pierwszego handhelda Sony (szczególnie przez Sepiratha). Sam posiadam tę konsolkę i bardzo ją lubię. Tymczasem prawie codziennie podczas przeglądania Internetu lub prasy growej skacze mi ciśnienie…