Dwie wielkie korporacje. Dwóch wielkich konkurentów. Dwa kontrolery. I kilka milionów niedzielnych graczy do zdobycia. Kto wyjdzie z tego starcia zwycięsko? Czas pokaże, ale dzisiaj spróbuję podsumować wszystkie dotychczasowe informacje o nowych zabawkach, jakimi częstuje nas Sony i Microsoft oraz odpowiedzieć na pytanie – „warto?”.
Jak wszyscy doskonale wiemy, głównym targetem nadchodzących gadżetów są ludzie, którzy z konsoli korzystają w roli odtwarzacza filmów, czy wypełniacza czasu swojemu potomstwu przy wspólnej zabawie, a z „prawdziwymi” grami mają niewiele wspólnego. Tak więc, w głównej mierze sukces Move i Kinecta zależy od produkcji, jakie ukażą się na oba kontrolery. Zanim jednak przejdziemy do ich omawiania, słów kilka o obu urządzeniach.
Aloha! Witam serdecznie w nowej nieregularnej serii felietonów na Gemono! W kolejnych częściach „Pamiętnika” opisywać będę gry, filmy, książki, płyty, wydarzenia, które zafascynowały mnie i mogą zafascynować też Was – Graczy, Czytelników, ale przede wszystkim po prostu młodych, inteligentnych, otwartych ludzi. Mam nadzieję, że dzięki „Pamiętnikowi” odkryjecie światy, o jakich Wam się do tej pory nie śniło!
Tata luzujący krawat i szykujący się do bitwy? Mama wściekle wtrężalająca żelki? Dziecko sprzedające własnemu dziadkowi strzał w nos? Nie, to nie jest żaden nowy odcinek oświatowego kina edukacyjnego poświęconego patologii. To po prostu poszczególne sceny z epickiej, monumentalnej i genialnej reklamówki nadchodzącego kontrolera do konsoli PlayStation 3 – kinetycznego Move. Sony w końcu wzięło swoich speców od marketingu do roboty i, co tu dużo mówić, dali radę.
Początek najważniejszych targów growych w Europie mamy już za sobą. Hale ulokowane w zachodniej części Niemiec w miasteczku Kolonia zamieniły się w ocean po brzegi wypełniony dziennikarzami z całego świata. We wtorek odbyły się także konferencje prasowe trzech gigantów: Microsoftu, Sony oraz Nin… źle, wróć: EA. Przyjrzyjmy się im zatem i sprawdźmy, co godnego uwagi zaprezentowały “grube ryby” naszej ukochanej branży.
„Monkey Island spotyka Diablo” – w ten sposób twórcy DeathSpanka z Ronem Gilbertem (współodpowiedzialnym właśnie za przygody Guy Threepwooda) na czele opisują swoje dzieło. Dobór słów jak najbardziej trafny – gra jest hack n’ slashem, do którego gdzie tylko się dało powciskano znany z małpiej serii humor. Czy takie połączenie ma sens i, co ważniejsze, czy w ogóle się sprawdza?
Nie mam bladego pojęcia, jak to się drzewiej grywało w After Burnera na automatach. Z tego, co wyczytałem – maszyna była spora i imitowała kokpit samolotu. Wiem jednak, jaki jest Climax, dostępny na PlayStation Network i Xbox Live Arcade: szybki i kolorowy. Tak bardzo, że ostrzeżenie o epilepsji wyświetlane przy rozpoczynaniu partyjki ma tu sens jak w przypadku mało której gry.