Stało się – Gamescom z liczbą „2011″ w nazwie obfitował w prezentację Battlefielda 3 w wersji na konsolę. Panowie grali w tryb kooperacji (specjalna kampania dla dwóch osób), dlatego też wybrany moment nie miał na celu rozwalenia ludziom gałek ocznych, ale był bardzo stonowany – ziomkowie się osłaniali, komunikowali ze sobą, wysyłali rozkazy i grali współpracując, nie bezsensownie szarżując. Poziom rozgrywał się nocą, nie za dnia, więc wciąż nie możemy jednoznacznie powiedzieć, czy gra na konsolach obecnej generacji będzie wyglądała tak niesamowicie, jak na komputerach osobistych (tych o kosmicznych walorach, oczywiście).
Ostatnio gram sobie jakoś inaczej – kupuję kilka gier, będąc w posiadaniu dwóch stówek, zamiast jednej. Jasne, że mógłbym zgarnąć drugiego Portala i pozwolić sobie na oklepanie gęby Scorpiona w nowej odsłonie Mortal Kombat. Nic nie stało mi także na przeszkodzie, by zainwestować w kontynuację Crysisa, którą bardzo chcę sprawić.
Tegoroczny Gamescom nie przykuł pełni mojej uwagi. Może to przez ‘lekkie’ olanie całych targów przez Microsoft, może to moje własne lenistwo. Jednak każde wydarzenie na naszym rynku ma swoje momenty mocne i słabe. Dla mnie tym pierwszym była prezentacja PlayStation Vita.
Jesteśmy lekko za połową wakacji. Pogoda akurat zaczęła dopisywać, więc spędzamy z naszymi konsolami i pecetami znacznie mniej czasu niż w lipcopadzie, ale na pewno nie rozstaniemy się z nimi zupełnie. Istnieją gry idealne na krótkie wieczorowe posiedzenia – w zeszłym roku był to DeathSpank, w tym Monday Night Combat. Co sprawiło, że zasługuje on na tytuł gry idealnej na wakacje?
Ktoś mniej lub bardziej inteligentny mógłby spokojnie rzec, że zwariowałem – czy istnieje w ogóle cień szansy, że osobie, która potrafi odróżnić grę kunsztowną od tej źle smakującej, podoba się… Duke Nukem Forever? Przecież to jest skandal. A tak w ogóle, to ten powstający przez kilkanaście lat żart trzeba tępić tak, by nikomu nie chciało się już pracować nad grą dłużej niż dwa lata. Ludzie, to jest modne, plucie na Księcia i równanie jego twarzy z ziemią są trendy, na czasie i w ogóle jazzy.
Awaria Playstation Network spowodowała zastrzyk kilku darmowych pozycji i jedną z nich stała się produkcja Criterion Games – Burnout Paradise. Była to jedna z pierwszych gier, w jakie dane mi było zagrać na mojej konsoli, a ściślej: demo polecane przez Andrzeja w niezwykle emocjonalnym telefonie, który wykonałem tuż po zakupie sprzętu marzeń. I chociaż wtedy nie zrobiło na mnie jakiegoś ogromnego wrażenia, tak po zagraniu w pełną wersję wstydzę się, że nie pokochałem jej od razu.
Największe święto Graczy w roku właśnie się zaczęło. O ile czekasz na zapowiedź nowego GTA (szczerze na to liczę!), chcesz koniecznie poznać nowości przygotowane przez wielu wydawców i przeżyć to wszystko na żywo, tak, jakbyś siedział zniecierpliwiony w hali w skąpanym w Słońcu Los Angeles w otoczeniu dziennikarzy oraz growych celebrytów – koniecznie śledź konferencje na żywo i zaglądaj na Gemono. W rozwinięciu podajemy plan nadchodzących targów!
Tata luzujący krawat i szykujący się do bitwy? Mama wściekle wtrężalająca żelki? Dziecko sprzedające własnemu dziadkowi strzał w nos? Nie, to nie jest żaden nowy odcinek oświatowego kina edukacyjnego poświęconego patologii. To po prostu poszczególne sceny z epickiej, monumentalnej i genialnej reklamówki nadchodzącego kontrolera do konsoli PlayStation 3 – kinetycznego Move. Sony w końcu wzięło swoich speców od marketingu do roboty i, co tu dużo mówić, dali radę.
„Monkey Island spotyka Diablo” – w ten sposób twórcy DeathSpanka z Ronem Gilbertem (współodpowiedzialnym właśnie za przygody Guy Threepwooda) na czele opisują swoje dzieło. Dobór słów jak najbardziej trafny – gra jest hack n’ slashem, do którego gdzie tylko się dało powciskano znany z małpiej serii humor. Czy takie połączenie ma sens i, co ważniejsze, czy w ogóle się sprawdza?