Witajcie drodzy czytelnicy serwisu Gemono! Pragnę Was serdecznie powitać w nowym dziale (o jakże naturalistycznym tytule związanym ściśle z czynnością wymaganą do obsługi dotykowego panelu zabawek Apple’a) poświęconym programom na iPhone’a i iPoda Touch. Na początek serwuję Wam recenzje dwóch gier i jednej aplikacji, które z pewnością są godne polecenia. Wybrane przeze mnie programy są darmowe, więc każdy z Was będzie mógł rozpocząć ich ściąganie z iTunes jeszcze w momencie przeglądania tekstu! Zaczynamy!
Historia gliniarza z mroczną przeszłością, który stara się zaprowadzić porządek na ulicach Miasta Aniołów, tajemnicza sprawa seryjnych morderstw, efektowne strzelaniny i pościgi, a to wszystko utrzymane w nurcie filmów kryminalnych klasy noir z lat 40-tych XX wieku. Tak pokrótce można opisać L.A. Noire, debiutancką produkcję studia Team Blondi pracującego pod skrzydłami Rockstar Games.
Czy przyszła Wam kiedyś do głowy myśl, jak mogłaby wyglądać bijatyka w świecie LittleBigPlanet? Na taki pomysł wpadł Mark Healey, jeden z twórców przygód Sackboya. Efektem jego prac jest Rag Doll Kung Fu: Fists of Plastic, typowo arcade’owa pozycja skierowana wyłącznie na dystrybucję cyfrową. Niby tytuł niepozorny, ale dający ogromną dawkę dobrej i, przede wszystkim, zabawnej rozrywki, której ogromny potencjał ujawnia się zwłaszcza podczas gry ze znajomymi.
Największy i najbardziej przehype’owany cRPG ubiegłego roku. Produkcja reklamowana mianem najlepszej mrocznej opowieści fantasy. Czy to prawda? Nie do końca mógłbym się zgodzić, ale jest w tym ziarno prawdy. Na dodatek twórcy zapowiadali Dragon Age, jako duchowego spadkobiercę legendarnego już Baldur’s Gate. Czy podołali temu zadaniu? Dzisiaj spróbuję odpowiedzieć na to pytanie.
Pamiętacie BioShocka? Pewnie tak, gdyż podbił on serca większości growej braci w 2007 roku. Zachwyty nad głębią fabuły, niesamowitym designem i oryginalną mechaniką kompletnie zagłuszyły narzekaczy, nazywających grę ogłupionym (tudzież skonsolowionym, hihi) klonem System Shocka. Coś w tym było, ale motyw Would You Kindly?, więź Little Sister z Big Daddym i Rapture za bardzo nas pochłonęły, żebyśmy chcieli słuchać. Drugą część serii już od pierwszych zapowiedzi otaczały kontrowersje. Bo kontynuacja, czyli dla kasy, bo robi inne studio, czyli profanacja, bo ma multiplayer, czyli… szaleństwo?

Lara jako ikona popkultury i jedna z najbardziej rozpoznawalnych przedstawicielek płci pięknej (lepszej, ładniejszej, bogatszej…), powinna godnie reprezentować zasłużoną już serię Tomb Raider. Jakość kolejnych to odsłon powinna być przynajmniej zbliżona do rewolucyjnej w wielu aspektach, części pierwszej. Tym czasem co część to gorzej, seria się stoczyła niczym wielki kamień z Mount Everest, ale złą passę przerwał nowy deweloper, którego inicjały są identyczne, co wcześniejszych twórców serii. I naprawdę szczerze chciałbym twardo rzecz, że najowsza odsłona serii jest fenomenalna i reszta producentów powinna śmiało się na niej wzorować. Tym czasem Tomb Raider: Underworld nie dosięga do pięt grze Naughty Dog w żadnym aspekcie. Mogę stwierdzić, że tytuł jest aż dobry, tyle, że bardziej pasuje tutaj słowo “tylko”.
Marka Halo bezsprzecznie jest system-sellerem najnowszego dziecka Billa i jego świrniętej spółki. Na gry z tej serii czekają miliony, a statystyki mówią same za siebie – szpile sprzedają się wprost fenomenalnie, zaś ludzie są tak miłymi istotami, że grają wciąż i wciąż… Istnieją jednak tacy, dla których Halo to sam hype, nieoferujący nic poza nazwą i kolorowymi przeciwnikami, lekko podobnymi do Pokemonów. Cóż, gusta są różne i nie ma takiego produktu, który zadowoli wszystkich. Nie będziemy tutaj jednak oceniać najnowszej części przez pryzmat całej serii, ani tym bardziej fanów. Bierzemy pod lupę Halo 3: ODST – produkt pełny i gotowy, którego nic bronić nie musi – on broni się sam. A, i przyciąga. To najbardziej odosobnione Halo od poprzednich odsłon – nie ma tutaj ani na chwilę Master Chiefa – a jednak sprytnie wplecione w historię serii.

Przy okazji premier wielu gier mających zostać hitami narzekamy na ich powtarzalność: że fabuła to już była w stu innych pozycjach (oraz milionie filmów i książek), mechanizmy są takie same jak w Gears of War, Call of Duty czy pierwszym Super Mario Bros., a i nic nowego dany tytuł nie wprowadza. W ten sposób pastwiliśmy się nad Resident Evil 5, ale już Modern Warfare zebrało same dychy i rozkochało w sobie graczy. A obydwie gry zbyt oryginalne nie były. Naughty Dog pokazało już, że potrafi robić kontynuacje swoich dzieł zupełnie innymi od oryginałów, ale w przypadku Uncharted 2: Among Thieves uczynili… inaczej.

Nie zdarzyła mi się jeszcze ani razu sytuacja, kiedy będąc na Xfire nie widziałem co najmniej 10 osób grających w kultowego już Call of Duty 4: Modern Warfare. Co sprawiło, że stał się on FPSem numer jeden dla wielu graczy na całym świecie? Genialny tryb multiplayer. Kwestią czasu było ogłoszenie przez Infinity Ward prac nad sequelem tego znakomitego, wojennego shootera.