
Lara jako ikona popkultury i jedna z najbardziej rozpoznawalnych przedstawicielek płci pięknej (lepszej, ładniejszej, bogatszej…), powinna godnie reprezentować zasłużoną już serię Tomb Raider. Jakość kolejnych to odsłon powinna być przynajmniej zbliżona do rewolucyjnej w wielu aspektach, części pierwszej. Tym czasem co część to gorzej, seria się stoczyła niczym wielki kamień z Mount Everest, ale złą passę przerwał nowy deweloper, którego inicjały są identyczne, co wcześniejszych twórców serii. I naprawdę szczerze chciałbym twardo rzecz, że najowsza odsłona serii jest fenomenalna i reszta producentów powinna śmiało się na niej wzorować. Tym czasem Tomb Raider: Underworld nie dosięga do pięt grze Naughty Dog w żadnym aspekcie. Mogę stwierdzić, że tytuł jest aż dobry, tyle, że bardziej pasuje tutaj słowo “tylko”.
Marka Halo bezsprzecznie jest system-sellerem najnowszego dziecka Billa i jego świrniętej spółki. Na gry z tej serii czekają miliony, a statystyki mówią same za siebie – szpile sprzedają się wprost fenomenalnie, zaś ludzie są tak miłymi istotami, że grają wciąż i wciąż… Istnieją jednak tacy, dla których Halo to sam hype, nieoferujący nic poza nazwą i kolorowymi przeciwnikami, lekko podobnymi do Pokemonów. Cóż, gusta są różne i nie ma takiego produktu, który zadowoli wszystkich. Nie będziemy tutaj jednak oceniać najnowszej części przez pryzmat całej serii, ani tym bardziej fanów. Bierzemy pod lupę Halo 3: ODST – produkt pełny i gotowy, którego nic bronić nie musi – on broni się sam. A, i przyciąga. To najbardziej odosobnione Halo od poprzednich odsłon – nie ma tutaj ani na chwilę Master Chiefa – a jednak sprytnie wplecione w historię serii.
Rage bezsprzecznie jest priorytetem firmy Id Software. To produkcja, w którą Carmack i spółka, wkładają mnóstwo ciężkiej pracy i to widać na pierwszy i na drugi rzut oka. To tytuł, który zapowiada się oszałamiająco i śmiem powiedzieć, że autorzy wypluli z siebie markę, która będzie kontynuowana przez kilka lat. O Doomie czwartym cicho, wiadomo jedynie, że kontynuacja bezimiennego marine jest w produkcji, a twórcy mówią o niej “awesome”. Obie gry są właśnie powodem, dla których najnowszy Wolfenstein awesome nie jest. Id zlecił tworzenie tytułu firmie, która ma na koncie całkiem niezłego Quake 4. Niestety, nowe przygody Blazkowicza też są tylko niezłe. Przyznam, że brakowało mi na rynku takiej oldschoolowej gry gatunku FPS, co nie zmienia faktu, że tytuł byłby dużo lepszy, gdyby za jego produkcję wzięło się Id. Niestety. Nie tym razem.

Dziwnym jest fakt, że artykuł o bardzo popularnej funkcji zaczyna się od słowa “kurde”. Ale no, kurde, to rzeczywiście się sprawdziło i zrobiło wielką furorę. Chciałbym Wam przedstawić swój pogląd na ten temat, który – nie ważne czy go lubisz czy nie – jest ciekawy i sprawia, że Twoje oczy automatycznie kierują wzrokiem ku słowu “acziwmenty”. Microsoft zagrał naprawdę mistrzowsko, czego dowodem jest fakt, że taką drogą poszło także Sony. Ale zacznijmy od konkretów.
VERSUS jest stosunkowo świeżym cyklem, który jednak z Gemono! będzie przez długi czas. Dzisiaj prezentuję Wam najnowszy – trzeci już – odcinek VERSUS.
Faktem jest, że gry komputerowe są coraz ładniejsze. Ratchet & Clank: Tools of Destruction to produkcja z 2007 roku a nawet dziś wygląda olśniewająco. I to naprawdę olśniewająco w największym tego słowa znaczeniu. Tekstury w bardzo wysokiej rozdzielczości, antyaliasing, bogata paleta kolorów. Modele postaci są do bólu dopracowane, uszy naszego głównego bohatera aż proszą się o pogłaskanie, a mimika twarzy postaci (i to nie tylko na scenkach przerywnikowych!) to wspaniała, pyszna wisienka na torcie. Na wielkim, smakowitym torcie. Setki pojazdów latających na niebie, między wysokimi budynkami, pięknie wykonane miasta, doliny, krainy, jaskinie i rewelacyjna gra świateł. Bajecznie wyglądająca woda i pięknie animowane modele postaci. Naprawdę, jeśli znajdziecie jakikolwiek brzydki element gry, który w jakikolwiek sposób razi i przeszkadza w rozgrywce, możecie mnie publicznie wychłostać.
Co odróżnia gry bardzo dobre od “tylko” dobrych? Trudno jednoznacznie określić, ale na pewno są to produkcje zapadające w pamięć i takie, w które nie gra się kilka godzin a co jakiś czas się do nich zwyczajnie wraca by ponownie zatopić się w przygodzie. Takim tytułem jest pierwsza część Tomb Raidera – marka, której początkowo głównym bohaterem miał być miły pan. Swoją drogą, ciekawe czy wtedy Uncharted miałby cycatą dziewuszkę niczym Lara Croft. Tą właśnie przedstawicielką płci pięknej od lat przechodzimy gry z serii Tomb Raider, której część pierwsza stanowiła rewolucję w grach video. Z różnych powodów, których raczej nie będę wymieniał, bo to nie retrospekcja. To recenzja remake’u najlepszej odsłony przygód pięknej kobiety, którą trochę zjadł mainstream. No, ale gra była zacna.
Pierwsza część Resident Evil wyszła w roku 1996 podbijając konsolę PSX. Cóż, jeżeli chodzi o gry z gatunku survival horror, było to “małe” objawienie. Graczom spodobała się trudna, nieco zręcznościowa gra. Przez wielu uważany za najlepszy z serii tytuł doczekał się kontynuacji. I tak Resident Evil 2 osiągnął sukces jeszcze większy niż poprzedniczka. Machina ruszyła a świat zalewany był kolejnymi to częściami (często spin-offami) sagi. Część czwarta podeszła do tematu nieco inaczej. Zmianie uległa kamera, celowanie a przeciwnicy nie byli już tak powolni. Gra przestała być survival horrorem a raczej zdefiniowała gatunek, bo od jej czasu nie pojawiły się żadne godne uwagi dreszczowce z krwi i kości. Resident Evil 5 zapowiadany był na “więcej, ładniej, lepiej”. No, może nie więcej, bo gra jest krótsza, ale o tym później. Tym czasem Electronic Arts po cichu przygotowywało sobie grę o całkiem innej tematyce, jednak sposób w jaki przedstawiona jest rozgrywka jest identyczny. Piąta część Resident Evil i nowo powstała marka – Dead Space – mogą ze sobą jak najbardziej konkurować. Zapraszam więc do kolejnego odcinka cyklu VERSUS.
Pamiętam kontrowersje związane z pierwszymi materiałami Devil May Cry 4. Bohater ma brzydką twarz, śnieg. Fora wrzały do czerwoności. Obawy, że gra przypomina najgorszą część serii – drugą. Miasto. Sam nie spałem po nocach spokojnie, bo bałem się o jedną z moich ulubionych serii. Jednak to wszystko nie było potrzebne. Tak, drogi Czytelniku. Devil May Cry to seria, której styl i klasę można wychwalać bez końca, a jej czwarta część to swojego rodzaju korona na pięknym posągu.