Ostatnio gram sobie jakoś inaczej – kupuję kilka gier, będąc w posiadaniu dwóch stówek, zamiast jednej. Jasne, że mógłbym zgarnąć drugiego Portala i pozwolić sobie na oklepanie gęby Scorpiona w nowej odsłonie Mortal Kombat. Nic nie stało mi także na przeszkodzie, by zainwestować w kontynuację Crysisa, którą bardzo chcę sprawić.
Postanowiłem jednak rozsądniej roztrzaskać tę kasę i udało mi się zgarnąć trzy gry: Battlefield: Bad Company, The Tomb Raider Trilogy i Vanquish. Ten pierwszy tytuł w celu nadrobienia zaległości i chęci posiadania całej kolekcji konsolowych Battlefieldów (wyjdzie część trzecia i będzie jakby trylogia na półce; przecież to bardzo dobra gra; mam dość konkurencyjnej serii). Trylogię przygód Lary Croft z podobnych powodów – fajna to opcja, mieć pakiet trzech najlepszych odsłon serii, trofea i wszystko na jednej płycie. No i mam ogromny sentyment do pierwszej części, a Anniversary jest mocno cudowne. A czemu kupiłem Vanquisha? Bo coś czułem, że wyrwie mi układ krwionośny. W dodatku – nówkę z trójwymiarową okładką za sześćdziesiąt polskich złociszy? Układ oddechowy też?
Gdyby złota era automatów nadal trwała i Vanquish ukazałby się właśnie na nie, to salony byłyby zapełnione ogromną liczbą ludności. Policja tworzyłaby dużą obstawę, bo żetony znikałyby z kieszeni masowo i w ogóle zamieszki jakieś by się potworzyły. Serio, ta gra jest tak arcade’owa, że spełniłaby się tam świetnie – szczęście jednak spadło nam prosto w czachy, bo Vanquish jest dostępny na Xboksa 360 oraz maszynkę Sony, więc nie trzeba się przepychać w kolejkach, czekać aż się zwolni miejsce i generalnie twórcy rozwiązali mnóstwo problemów. Przecież każdy kiedyś marzył o automacie z Pacmanem w domu, prawda? To już niepotrzebne, jest Vanquish i porównywanie go do czegoś innego niż *tu wstaw jakiś arcade’owy tytuł (może być Pacman, może być jakaś kosmiczna strzelanina; byleby chodziło o kopanie w górę punktów)* jest zwyczajnie mylne. Do Gears of War? HAHAHAHA!
No dobra – jest system używania osłon, celowanie znad ramienia, przewrót i masa innych rzeczy, które kojarzyć się mogą z serią Epic, ale to nic. Vanquish ma całkiem podobne sterowanie i w sumie gameplay nie wygląda jakoś inaczej, tyle że założenia są CAŁKIEM inne. Zamiast rozbudowanych poziomów, takich dłuższych, mamy króciusieńkie segmenty po kilka-kilkanaście minut. I, przebijając się przez absurdalną fabułę, należy eliminować wrogów tak, by uzyskać jak najlepszy wynik. Mało zróżnicowane? Błąd, chociaż cały czas praktycznie nie zdejmuje się palca ze spustu, to poziomy są bardzo twórcze i wypełnione jakimiś akcjami, których spektakularność trzeba określić tak: AWESOME. Jazda pociągiem i strzelanie do przeciwników, którzy są do góry nogami na pociągu, który znajduje się nad Twoim? Walka z dwoma wielkimi mechami w jednym momencie? Przebijanie jednego z nich na pół bawiąc się w wiertarkę? Vanquish.
Bo na tym to wszystko polega i ciężko byłoby mi pojąć niesamowitość tego dzieła, gdybym chciał przejść grę tak po prostu raz, nie patrząc na punkty i na najłatwiejszym poziomie. Jasne, akcje wciąż wyrwałyby mi kark, ale to za mało, by docenić Vanquisha. Na hardzie, który jest bardzo trudny, tak chciałem, ale nie udało mi się, bo wciąż gryzłem paznokcie i cały czas spoglądałem na wynik. Walczyłem o to, aby ani razu nie zginąć i rozwalić jak największą liczbę wrogów.
Teraz tak: nie dałeś szansy tej grze? Spróbuj jeszcze raz. W końcu zapoznałeś się z tekstem, który mówi mało konkretów (tutaj odsyłam do recenzji… tych pozytywnie mówiących o grze!), ale pozwala spojrzeć na tę grę w inny sposób, niż „japoński i mocno dziwny klon Gearsów”. Vanquish nie jest żadnym klonem.
Posty o podobnej tematyce:
Jeśli spodobał Ci się ten blog, zapraszam do subskrypcji RSS!