Dragon Age II stało się faktem. O jej poprzedniczce można mówić wiele (co, nawiasem mówiąc, mam zamiar niedługo zrobić na łamach Gemono…), ale jednemu nie można zaprzeczyć: była dużą grą. I to nie tylko pod względem czasu, który wyrwała wielu nieostrożnym graczom z życiorysu. Powrotowi mistrzów z BioWare do tradycyjnych roleplay’ów – z drużyną, epicką fabułą, światem fantasy – towarzyszył spory rozgłos oraz ciepłe przyjęcie. Nie dalej jak kilka dni temu, kanadyjskie studio zapowiedziało kontynuację Ery Smoka. Wygląda na to, że planowane jest podniesienie poprzeczki dla… no właśnie: dla kogo?
Taki cytat z oficjalnej notki prasowej wskazywać mógł jedno – uproszczenie systemu walki, może nawet zamienienie go na wzór Mass Effecta czy Wiedźmina na kompletnie zręcznościowy. Trudno się dziwić takiej decyzji BioWare – wymagające, taktyczne starcia niezbyt pasują do czasów, w których tyle gier zostaje brutalnie uproszczonych. Jednak potyczki były jedną z najmocniejszych stron pierwszego Dragon Age, gdyż od czasów Neverwinter Nights 2 nie otrzymaliśmy żadnego dużego, drużynowego RPGa. Na szczęście wraz z napływem nowych informacji do sieci okazało się, że w wersji PCtowej „dwójki” nic się pod względem mechaniki nie zmieni. Przy okazji, twórcy niejako przyznali, że konsolowe edycje gry – wbrew obietnicom – dostały system taki, jak piecowa, ale pozbawiony jakże przydatnego widoku taktycznego i łatwego dostępu do zdolności dzięki kombinacji klawiatura + mycha. Tym razem miłośnicy padów i siedzenia na kanapie otrzymają walki naprawdę przystosowane do pada, bardziej zręcznościowe. Dobre posunięcie.
Sukces Mass Effect bez wątpienia pchnął gatunek do przodu. Świetne pokaz łączenia gatunków i pomysłowy system dialogów zapewniły filmowe doświadczenie, dotychczas niespotykane w grach tego rodzaju. Sztywne niegdyś pogawędki zamieniły się w dramatyczne dyskusje – możliwość szybkiego wyboru kwestii zdecydowanie je przyśpieszyła, nadając realizmu. Naturalną decyzją było więc wprowadzenie takich dialogów do Dragon Age II.
Pomysł ten wymagał także zaczerpnięcia trochę więcej z kosmicznej sagi. I tu robi się dużo bardziej kontrowersyjnie, bowiem w Dragon Age II pokierujemy… gotową postacią. Wielu hardkorowych RPGowców już zaczęło pakować bomby do paczek z adresem BioWare, jednak warto na chwilę ochłonąć i przypomnieć sobie, że wybór rasy naszego bohatera zmieniał tylko sam początek rozgrywki i kilka sytuacji później. Obiecywanych wszechobecnych konfliktów na tle rasowym zwyczajnie w pierwszej Erze Smoka zabrakło. Ja bez zastanowienia mogę poświęcić możliwość zrobienia mojej postaci elfem na rzecz bardziej emocjonalnej i realistycznie opowiedzianej (dzięki wspomnianym rozmowom) historii. A ta zapowiada się wcale ciekawie. Tutejszy odpowiednik Komandora Sheparda nazywa się Hawke i jest człowiekiem: kobietą lub mężczyzną. Mieszkaniec Lothering (pamiętacie tę wiochę z pierwszej gry?), uciekł Pladze, po czym skierował swoje kroki na północ, do Wolnych Marchii. Tam, po dziesięciu latach, został Czempionem miasta Kirkwall i najważniejszą postacią na Thedas. My weźmiemy udział w wydarzeniach, które doprowadziły do tego – stworzymy historię przyszłego bohatera.
Takie podejście do fabuły zapowiada, że konsekwencje naszych wyborów ujrzymy na własne oczy, zamiast dowiadywać się o nich z krótkiego tekstu po zakończeniu gry. W każdym razie: taką mam nadzieję. Niestety, jest spora szansa, że twórcy nie oszczędzą graczom sytuacji pokroju „Dobra robota! Przeszedłeś loch x, zabiłeś bossa y, wykonałeś questa z – to teraz twoja postać robi coś i… wrrrum! Machina czasu przenosi nas o pięć lat w przyszłość, żebyś mógł zupełnie bezpłciowo oraz bez emocji pooglądać skutki decyzji, których dokonałeś pięć minut temu!”.
BioWare szykuje coś dużego. Bardzo dużego. Zdecydowanie większego niż Origins.
Można narzekać na odsuwanie się studia od fanów, na porzucanie tego, co było dobre w opowieści z Fereldenu, cholera – nawet na zdradzenie gatunku rolplejów. Ale DA było grą archaiczną na długo przed premierą – staroszkolnym RPGiem wiernym ideałom gatunku. Ze wszystkimi jego zaletami i wadami. Jeśli mistrzowie gier fabularnych chcą wywołać zamieszanie sequelem, po prostu muszą – chociażby częściowo – wyjść z tej niszy. Oby im się udało.
Posty o podobnej tematyce:
Jeśli spodobał Ci się ten blog, zapraszam do subskrypcji RSS!
Zupełnie się zgadzam i nie rozumiem ludzi narzekających. Im więcej czerpania z Massa tym lepiej dla Dragona. W ogóle grający w ME2 i DA miałem wrażenie, że to tej drugiej oddelegowano młody narybek i przeciętniaków, podczas gdy wizjonerzy poświęcili się ME.
Ale ja nie chce człowieka, tylko rubasznego krasnoluda na swoja postać! Ale juz dialogi i import savów z jedynki mi sie podoba. Może spotkamy samych siebie?
Nie każdy spotka ;)
No spotka każdy kto podjął jedyną słuszną decyzję.
no tyż, ale spotkać możemy naszych towarzyszy opiewających naszą SPOILER bohaterska śmierć SPOILER.
Chciałem tylko powiedzieć, że staroszkolne RPG bynajmniej nie są archaiczne, tak jak archaiczna nie jest taktyczna walka i tworzenie własnej postaci. A ME, choć znakomite, nie było jakoś specjalnie lepsze od KotORów, jak najbardziej staroszkolnych. O.
Ciężko porównywać. Jak dla mnie oldschool i ME to dwa zupełnie inne gatunki. Mi bardziej podchodzi nowa szkoła, bo nie stara się kopiować na siłę rozwiązań z tradycyjnych RPG, częstokroć zupełnie do komputerowego medium niepasujących (kostki anybody?).
Nie są archaiczne?
A rozmowa o końcu świata, której wszyscy uczestnicy stoją jak słupy soli?
A bo oni maja pełne skupienie.
Punkt dla ciebie.
Chyba inaczej rozumiemy „archaiczne”. Dla mnie w tym kontekście „archaiczny” = „przestarzały tak, że nie sprawia już radochy”. W tym sensie nie są archaiczne ;)
A prawdę mówiąc to, jak się ruszają postacie przy rozmowie, mam gdzieś, jak długo rozmowa jest napisana na tyle dobrze, żebym się nią przejął. Co, prawdę rzekłszy, chyba częściej zdarzało się przy starych RPG niż przy takim ME (choć tam też były naprawdę dobre momenty, to fakt).