Nie mam bladego pojęcia, jak to się drzewiej grywało w After Burnera na automatach. Z tego, co wyczytałem – maszyna była spora i imitowała kokpit samolotu. Wiem jednak, jaki jest Climax, dostępny na PlayStation Network i Xbox Live Arcade: szybki i kolorowy. Tak bardzo, że ostrzeżenie o epilepsji wyświetlane przy rozpoczynaniu partyjki ma tu sens jak w przypadku mało której gry.
„Z szykuje bomby nuklearne! Twój oddział ma za zadanie powstrzymać Z! Powodzenia!”
Brednie? Oto fabuła Climax. Wybieramy jeden z trzech samolotów – nie różnią się prawie niczym, poza wyglądem, ale pewnie profesjonaliści w zagadnieniu wirtualnego lotnictwa zlinczowaliby mnie za to stwierdzenie – i ruszamy uratować świat przed wojną atomową, którą wszcząć chce niecne Z. Co to takiego? Cholera wie, pewnie jakieś wymyślone państwo. Liczy się tylko to, że lecimy superszybkim samolotem, a przed nami kilkanaście krótkich misji wypełnionych wrogimi maszynami.
Naboje w działku są nieskończone, rakiety odnawiają się bardzo szybko – o amunicję się więc nie martwimy. O problemy ze znalezieniem przeciwników do ustrzelenia też nie, gdyż After Burner daleko do Ace Combat czy H.A.W.X. – gra to praktycznie strzelanina na szynach. Śmigamy cały czas przed siebie, a że celownik jest zespolony z samolotem, lewą gałką zarówno unikamy, jak i namierzamy wrogów. Minigun jest prawie bezużyteczny, czasem tylko powstrzyma lecący prosto na nas pocisk. Liczy się szybkie zaznaczanie wrogów, odpalanie rakiet i unikanie strzałów. Do tego przydatna jest możliwość wykonania beczki: wychylamy analoga w jedną stronę, a następnie szybko w drugą. Niszcząc wraże myśliwce i lecąc szybko (tak, da się przyśpieszyć) ładujemy pasek EX. Po jego odpaleniu wciśnięciem przycisku przechodzimy do trybu bullet time. Nie muszę mówić, jak przydatna i ważna to opcja?

Trudno powiedzieć coś o oprawie graficznej After Burnera z jednego prostego powodu: NIC NIE WIDZIMY. To dobra chwila, żeby podkreślić, jak szybkie są nasze myśliwce. Tereny, nad którymi latamy, są zapewne obrzydliwe w porównaniu do 90% dzisiejszych gier, ale dzięki prędkości wydają się całkiem w porządku. Śmiem natomiast stwierdzić, że projekty poziomów dają radę: fruwamy nad miastami w nocy, przy zachodzie Słońca, nad wyspami wulkanicznymi, w kanionach. Najsłabsze są poziomy osadzone wewnątrz wrogich baz: pełno wystających rur, ścian i laserów, które robią nam kuku, nie pasuje do reszty gry. Ciekawie natomiast wypada lokacja „skradankowa” – musimy unikać laserów i niszczyć je, bo wykrycie oznacza wszczęcie alarmu i przybycie sporych ilości niemilców. Pozytywnie wypada ścieżka dźwiękowa: muzyka jest energiczna, szybka, wypada z ucha równie błyskawicznie, co w nie wpada, zagrzewa do walki.
Jednorazowe przejście całego trybu Story zajmie Wam około pół godziny. Za pierwszym razem, potem zejdziecie nawet do kilku minut. Pod warunkiem, że dacie się wciągnąć w żyłowanie wyników, pobijanie rekordów innych graczy, awansowanie w rankingach. Reszta usiądzie na trzy godzinki, złapie wszystkie trofea/achievementy i powie „miło było, cześć”. Opcje EX, wprowadzające różnorakie urozmaicenia do rozgrywki (zarówno ułatwiające – więcej żyć, większy celownik, automatyczne zaznaczanie celów – jak i utrudniające – zwiększenie hord wrogów, zmniejszenie własnego życia) nie przekonają ich do poświęcenia Climaxowi nawet paru więcej chwil. Ale fanom arcade’owego grania powinni być zadowoleni. Bez szału jednak, gdyż grze brakuje głębi, żeby potrafiła wciągnąć tak, jak robią to najlepsze gry „z automatów”.
Plusy: szybko, kolorowo, ładnie, przyjemna muzyczka
Minusy: brakuje głębi, nie oferuje wiele
Ocena: 7.0 Dla fanów arcade’u
Posty o podobnej tematyce:
Jeśli spodobał Ci się ten blog, zapraszam do subskrypcji RSS!
Nie dal mnie takie popierdóły, już wole se FIFE odpalić jak mam na 30 min przed konsole usiąść.