
Witam serdecznie w pierwszym odcinku nowego cyklu felietonów o wdzięcznym tytule „W co przypykać ?”. Celem tego małego kącika, który będzie ukazywał się regularnie w piątkowe wieczory, jest zapoznanie Was z ciekawymi i godnymi sprawdzenia pozycjami, którym warto dać szansę w wolnym czasie towarzyszącym ostatnim dniom tygodnia.
Na pierwszy ogień pójdzie odrobina klasyki. Tytuły, które dawno już nie widziały mojego twardego dysku i za którymi naprawdę zdążyłem się stęsknić. Mimo burzy i intensywnej ulewy za oknem, najbliższe trzy dni zapowiadają się niezwykle interesująco. Najpierw wybiorę się w podróż do Ameryki lat trzydziestych ubiegłego wieku. W związku ze zbliżającą się wielkimi krokami premierą drugiej odsłony Mafii, postanowiłem poświęcić kilkanaście godzin na przypomnienie sobie części pierwszej. Mam już za sobą kilka początkowych misji i z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że panowie z Illusion Softworks stworzyli jedną z najlepszych produkcji w jakie kiedykolwiek przyszło mi grać. Mimo kilkuletniej kariery i sporadycznych narzekań na archaizmy oraz wysoki poziom trudności (pozdrawiamy Sephiratha i jego problemy z pierwszą misją), tytuł ten nie zestarzał się praktycznie wcale i nadal o klasę bije inne produkcje o stricte mafijnej tematyce (Godfather, Scarface).
Gęsty klimat, wyrazisty bohater, wciągająca fabuła, rozbudowane i zróżnicowane misje oraz niesamowicie wiarygodny świat. Czy Nam, Graczom, potrzeba czegoś więcej ? Mnie Mafia kupiła już po pierwszych kilkudziesięciu minutach rozgrywki i staram się w miarę regularnie powracać do tej produkcji. Zakochałem się nie tylko w świetnie zrealizowanych i wymagających strzelaninach, emocjonujących pościgach czy porywającej linii fabularnej, ale zapałałem także uczuciem do zwykłych przejażdżek samochodem, podczas których mogłem się zrelaksować podziwiając widoki i nucąc melodie motywów muzycznych towarzyszących rozgrywce. Z całego serca polecam Wam ten tytuł i mam nadzieję, że twórcy sprostają oczekiwaniom fanów, a czas spędzony przy drugiej odsłonie serii będzie równie satysfakcjonujący i niezapomniany jak w przypadku legendarnej jedynki.
Drugim tytułem, który już ładnych parę lat przeleżał na półeczce w oczekiwaniu na swój chwalebny powrót, jest BloodRayne. Mroczne przygody seksownej pół-wampirzycy z miejsca zyskały uznanie fanów na całym świecie (przede wszystkim tych płci męskiej) i zawsze dziwiły mnie mocno średnie oceny tej produkcji w mediach branżowych. Co ciekawe, kontynuacja gry, która w mojej opinii stanowi najzwyklejsze odcinanie kuponów i pod żadnym względem nie może się równać z wypasionym pierwowzorem, zyskała lepsze oceny krytyków. To chyba najlepszy przykład na to, że czasami nie warto opierać się wyłącznie na opiniach innych i zawsze lepiej samemu sprawdzić daną produkcję.

Pora przejść do tego co tygryski lubią najbardziej, czyli do samej gry. Co mnie skłoniło do odświeżenia sobie tej produkcji ? Rzecz bardzo prozaiczna – zmiana avatara w profilu na Xfire. Stwierdziłem, że skoro moim growym statystkom towarzyszy obrazek przedstawiający Rayne to wypada sobie nabić kilka godzinek rozgrywki w produkcję z jej udziałem. Pierwsze sekundy po rozpoczęciu zabawy nie nastroiły mnie przesadnie pozytywnie do dalszej gry. Ząb czasu bardzo zaszkodził oprawie wizualnej tego tytułu i dzisiaj grafika zwyczajnie razi w oczy. Co prawda po kilkunastu minutach rozgrywki można się do tego mankamentu przyzwyczaić, ale mimo wszystko nie polecam tej produkcji osobom, dla których wyznacznikiem jakości są aspekty graficzne.
Słabe tekstury nie przeszkadzają w budowaniu prawdziwie mrocznego klimatu. Jest ciemno i ponuro, a wyskakujący ze ścian przeciwnicy to tutaj chleb powszedni. Przestarzała grafika ma również swój znaczący udział w kreowaniu atmosfery horroru, bo zombiaki z BloodRayne’a są tak potwornie brzydkie, że sam ich widok wywołuje u gracza odruchy wymiotne. Na szczęście model samej bohaterki prezentuje się o niebo lepiej, a animacja postaci to, jak na czas wydania, prawdziwa klasa światowa. Salta w powietrzu, rozwalanie ścian kopniakami czy wskakiwanie z miejsca na dachy budynków powodują natychmiastowy opad szczęki powiązany z uczuciem dzikiej i nieskrępowanej satysfakcji. Prawdziwy miód stanowi również patent wysysania krwi z napotkanych wrogów. Twórcy gry nie umieścili w swojej produkcji tradycyjnych apteczek, więc jeśli chcemy odzyskać utracone punkty zdrowia musimy na kilka sekund przyssać się do szyi jednego z oponentów. Dźwięki wydawane przez bohaterkę są wtedy bardzo dwuznaczne i patrząc na to co dzieje się na ekranie, niejeden z graczy z przyjemnością zamieniłby się miejscami z ofiarą Rayne. Tym, którzy odważą się spędzić weekend w objęciach pięknej dhampirzycy, mogę śmiało zagwarantować, że będą bawić się znakomicie i z pewnością zasilą grono osób, w sercach których wciąż tli się płomyczek nadziei na trzecią część serii.
Na koniec jestem zobowiązany napomknąć o jeszcze jednym tytule, który koniecznie musicie przetestować w ciągu najbliższych kilku dni. Mam na myśli Team Fortress 2, o którym szeroko rozpisał się ostatnio Rafał w swoim felietonie z cyklu „Kradziej Sądzi”. Ja chciałem tylko poinformować, że dzieło Valve do końca tego weekendu jest do ściągnięcia zupełnie za darmo (oczywiście tylko na tych kilka dni) i wydaje mi się, że naprawdę warto dać szansę tej wciągającej i rozbudowanej produkcji. Jeśli macie kilku oddanych kumpli i szukacie gry, przy której moglibyście wspólnie miło spędzić czas, co chwila śmiejąc się z kozackich akcji i nietypowych zagrań, to tytuł ten jest dla Was stworzony. Grając samotnie również możecie się dobrze bawić, gdyż gra oferuje około 240 osiągnięć do wykonania (wczoraj pojawił się nowy zestaw – Spy vs. Sniper) i jak zwykł mawiać jeden z moich klanowych kumpli (pozdrawiamy tutaj Mikołaja aka Wynmachera) – „Team Fortress 2 do raj dla prawdziwej achievementowej dziwki !”. Jeśli nadal nie jesteście w pełni przekonani do zakupu to dodam, że specjalnie na ten weekend Valve obniżyło cenę gry o 50 % i wynosi ona teraz 9,99 euro (tytuł w podobnej cenie na Allegro). Nie macie więc na co czekać i mam nadzieję, że jeszcze w ten weekend zobaczymy się na wspólnym fragowaniu na jednym z licznych serwerów TF2. Miłego wolnego i widzimy się za tydzień !
Posty o podobnej tematyce:
Jeśli spodobał Ci się ten blog, zapraszam do subskrypcji RSS!
Mafia to naprawdę porządny tytuł i nawet teraz po tylu latach nie wygląda źle. A Krwawa Rayne tez jest niczego sobie. TF2 również polecam, na pewno bardziej niz L4D.
Łezka się w oku kręci na myśl o TFie…
A ja bym se polecił Planescene: Torment z eXtra Klasyki GOLD…
A ja Gruntzy za 0zł z http://cvr.pl/gry/gruntz.php :) OFC 100% legalne, a gierka przyjemniutka :) (lżejsze niż podcast Gemono!)
Ekstra cykl!
Mafia mi nie przypadła do gustu – wypełniłam parę misji, ale to nie moje klimaty… Bloodrayne było kiedyś pełniakiem w Cd-Action i nawet dosć długo w nią grałam – potem pojawiły się potwory które nie potrafiłam zabijać – bodajże czaszko-kręgosłupy i się poddałamxD
Team Fortress jak najbardziej polecam, chociaż ostatni update więcej popsuł niż dodał, ale skoro jest wolny weekend wypróbujcie – może wam się spodoba;]
o.o Ja kupiłem GRUNTZ sto lat temu w jakiejś serii za 19.99… Ja mam ich oryginał na półce :D
Thompson – poczekaj, niech no trzeci raz do Planescape wrócę, to będziesz miał tak z osiem felietonów. To najlepsza gra EVER!!!!!!!
…WYDALI GO ZNOWU W EKSTRA KLASYCE?!?!?!?!?!?!?!?!?!??!?!?!?!?!?!?!?!?!?
Seph – ja też mam Gruntzy oryginał!
A co do artykułu – chleb mi i GemonOLDowi zabierasz, ale trudno :) W Mafię i TF nie grałem, to się nie wypowiem, a co do BloodRayne – grałem parę lat temu i mam bardzo, bardzo dobre wspomnienia. Odpaliłem niedawno po raz pierwszy dwójkę – i zawyłem. To jest koszmarne!!! Albo sequel dużo gorszy od oryginału, albo obraz Rayne w mojej pamięci niewiele ma wspólnego z rzeczywistością.
Ja miałem oryginał Gruntzów za młodu (bardzo młodu), teraz pozostało jedynie pudełko z instrukcją ;)