Pierwsza część Resident Evil wyszła w roku 1996 podbijając konsolę PSX. Cóż, jeżeli chodzi o gry z gatunku survival horror, było to „małe” objawienie. Graczom spodobała się trudna, nieco zręcznościowa gra. Przez wielu uważany za najlepszy z serii tytuł doczekał się kontynuacji. I tak Resident Evil 2 osiągnął sukces jeszcze większy niż poprzedniczka. Machina ruszyła a świat zalewany był kolejnymi to częściami (często spin-offami) sagi. Część czwarta podeszła do tematu nieco inaczej. Zmianie uległa kamera, celowanie a przeciwnicy nie byli już tak powolni. Gra przestała być survival horrorem a raczej zdefiniowała gatunek, bo od jej czasu nie pojawiły się żadne godne uwagi dreszczowce z krwi i kości. Resident Evil 5 zapowiadany był na „więcej, ładniej, lepiej”. No, może nie więcej, bo gra jest krótsza, ale o tym później. Tym czasem Electronic Arts po cichu przygotowywało sobie grę o całkiem innej tematyce, jednak sposób w jaki przedstawiona jest rozgrywka jest identyczny. Piąta część Resident Evil i nowo powstała marka – Dead Space – mogą ze sobą jak najbardziej konkurować. Zapraszam więc do kolejnego odcinka cyklu VERSUS.
Głównym bohaterem Martwej Przestrzeni jest inżynier Isaac. Zgadnijcie czy głównym celem gry jest uratowanie świata. Nie. Ta gra jest wyjątkiem spośród gier w kosmosie i nie chcemy ocalić kuli ziemskiej a jedynie naprawić planetołamacz USG Ishimura, który w najlepszym stanie nie jest. Sam lot jest oczywiście pokazany i możemy podziwiać wszechświat a widoki zapierają dech w piersiach. Nie puszczę Wam spoilera jeśli śmiało powiem, że lądowanie nie było jednym z najłagodniejszych – czyli sztampowo coś poszło nie tak jakby tego wszyscy chcieli. Gracze oczywiście chcieli inaczej, bo tak to pewnie gra skończyła by się na naprawie statku a nie o to w niej chodzi. I cóż, awaryjne lądowanie nieuniknione, mała kłótnia pomiędzy resztą ekipy też obecna. W niedługim czasie umiera część załogi i zostaje Was dokładnie trzech. Rzecz jasna obeszło się bez trójkąta, ale gra i tak złapała notę „18+”. Z Resident Evil 5 jest nieco inaczej. Bohaterem dramatu jest Chris Redfield znany z pierwszej części gry. No i miał jakiś tam epizod w Code: Veronica (serdecznie polecam!). Teraz wraca w nieco innej formie – ma kilka lat w przód i nie pracuje już dla S.T.A.R.S. a B.S.A.A. Rzecz jasna (a może nie taka jasna, bo Leon był chudziutki) Krzysztof jest ostro przypakowany i ma sporo w bicepsie. Nie wiem czy mógłby zmierzyć się z Pudzianem, ale mięśnie ma. Muszę przyznać się, że nieco Was oszukałem. Głównym bohaterem nie jest Chris. Jest Was dwóch. Tak, gra ma tryb kooperacji i nawet nie grając z partnerem, seksowna Sheva to mus. Fabuła tego wymaga. Zresztą rozgrywka tym bardziej.
Dead Space ma bardzo podobny gameplay do rywala. Kamera ustawiona z za pleców bohatera, idziemy sobie, strzelamy. Mimo wszystko założenia są nieco inne. Po pierwsze tu mamy mocno klimatyczne lokacje. Statek Ishimura jest „wyposażony” w bardzo, bardzo ciasne korytarze. A bohater może narzekać na awarię oświetlenia. Tak więc idziemy, sobie, idziemy… Nie! Stop. Wcale, że nie. Ta gra jest tak dynamiczna, że niestety, ale pod tym względem Resident Evil 5 jest kilka metrów po ziemią. Sterowanie jest zupełnie podobne (prawa gałka – celowanie, lewa gałka – chód, triggery to strzał i takie tam), ale szybkość jest nieporównywalna. Założenia są następujące: każdy poziom to jedna stacja na planetołamaczu. A tych jest dwanaście. Przedzieramy się przez nie robiąc rozmaite zadania – raz trzeba coś naprawić, raz zniszczyć meteoryty. Są sytuacje, że pojawi się gdzieś jakaś szczelina lub otworzy pomieszczenie i bohater nie ma czym oddychać. Wówczas trzeba szybko coś zrobić. Zresztą rozgrywka jest bardzo zróżnicowana, raz jesteśmy tu by zrobić to, później w całkiem innym miejscu by zrobić całkowicie coś innego. Liczba zwrotów akcji w scenariuszu jest po prostu duża i nie ma to skutków tylko w fabule, ale też w prowadzeniu rozgrywki. Naprawdę Martwa Przestrzeń jest bardzo klimatyczna. Zupełnie rozwalił mnie pewien level gdzie melodyjką w pomieszczeniu jest śpiew jakiejś małej dziewczynki. Schizo jakich mało. Niestety pomimo tego, że klimat jest, często można też spanikować to Dead Space nie jest ani grama straszny. Twórcy coś tam próbowali, tu wyskoczył ktoś z szafy, tu za Tobą niespodziewanie pojawił się wróg. Niestety wywołuje to panikę (ale tylko na początku, później się przyzwyczajamy), ale nie może nas przestraszyć jak dreszczowce z krwi, kości i czegoś tam jeszcze. Podobnie jest w Resident Evil 5. Tyle, że nie ma tu tak gęstego, wszechobecnego i brudnego klimatu. Na samym początku zabawy rzecz jasna klimat jest jak cholera, później gdzieś tam po drodze ucieka i radośnie bawimy się przechodząc chaptery. Fabularnie – cóż, są flashbacki i ogólnie więcej ma to wspólnego z poprzedniczkami niż RE4. Niestety zwrotów akcji i emocjonujących momentów brak (oprócz dwóch, trzech wyjątków). Gra jest po prostu bardziej prostacka. Nie boję się użyć tego słowa, bo jest to w 100% prawda. Nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że jest to poprzedniczka, tyle że w HD. Chociaż jest w tym na pewno dużo prawdy – identyczne animacje, sterowanie (nie można strzelać i iść równocześnie!). Idziemy sobie, strzelamy i takie tam. Na pewno jest większe zróżnicowanie lokacji niż w Dead Space. Są słoneczne otwarte wioski, ale są też laboratoria. Co chapter to inna miejscówa.
Obie gry są do siebie naprawdę podobne i najbardziej dziwi fakt, że żaden z twórców nie mógł od rywala zgapić ani jednej rzeczy. Prace nad Resident Evil 5 się zaczęły już w 2004 roku, ale pierwsze materiały z gry wypłynęły później niż te z Dead Space. Obie szpile są zbliżone do siebie pod różnymi względami. Co jednak może pisać na pudełku gry Capcomu czego na pewno nie mogą napisać Elektronicy? „Play with partner” czy coś w tym stylu. Wiem, że zabrzmiało to dennie, ale nic na to nie poradzę. Kooperacja jest rzeczą, którą gracze bardzo lubią. Autorzy gry podeszli do tematu nieco inaczej niż choćby panowie z Epic Games. Po prostu spisali się na medal tworząc coop, od którego powinni uczyć się inny autorzy. Jest wymienianie się przedmiotami, apteczkami, wzajemne leczenie, osłanianie. Są momenty gdzie Krzysztof musi podrzucić w górę czarnoskórą partnerkę itp. To swego rodzaju potwierdzenie, że seria zmierza w stronę, której na początku nie chciałem – gra na stałe przestała być survival horrorem i pewnie każde kolejne części będą miały tryb kooperacji – a ten jest niemożliwy przy powolnych dreszczowcach. A Dead Space? Czym ta gra się wyróżnia? Albo inaczej – czym gra wyróżnia się najbardziej? Rzecz jasna, systemem strzelania. O ile ten jest całkiem podobny do konkurencji, tak powodowanie obrażeń zupełnie inne. Powiem jasno. W grze nie chodzi o strzelanie, piękne sadzenie headshotów. Rozgrywka polega na zabawie w chirurga, czyli: odcinamy kończyny. Każda z broni to tak naprawdę narzędzie do pracy – nowoczesna piła do cięcia metali lub energetyzujący przedmiot, który działa jak shotgun. Takie ściemnianie. No więc zależy gdzie celujemy – odpadnie ta część ciała. Odcięcie nogi powoduje przewrócenie się postaci. Wówczas polecam odstrzelić rękę. Ale można zrobić to też w całkiem inny sposób – np. strzelić w brzuch, dzieląc przeciwnika na dwie połowy. Tylko wtedy jest ryzyko – niektóre gatunki pasożytów mają w sobie robactwo, które nas atakuje. A w RE5 strzelamy po prostu i nawet nie zamierzam tłumaczyć co i jak, bo jest to sztampowe jak mleko z płatkami na śniadanie dla małego synka.
W Dead Space mamy też zabawy z grawitacją. W niektórych pomieszczeniach możemy sobie latać i latać. Wówczas fajnie wyglądają unoszące się w górę zwłoki, krew itp. Twórcy chcieli nas oszukać niektórymi momentami – wmówić nam, że gra ma zagadki. To samo rywal. Więc: nie. Obie gry nie mają żadnych zagadek. Ale to żadnych. Niestety takie dzisiejsze gry, coraz bardziej nastawione na akcję. Jednym to przeszkadza, drugim mniej. Ja widzę to w ten sposób, że Resident Evil 5 jest bardzo spłycony względem poprzednich części. Ładna otoczka, fajna zawartość. Ale pusta. Pusta w tym, że gra wygląda ślicznie, ale twórcy – wydaje mi się – za bardzo poszli pod graczy. Wiadomo, że gra akcji gdzie jest mnóstwo giwer, tryb kooperacji sprzeda się lepiej. No, ale panowie - to nie jest Resident Evil. Nie mówię o uniwersum, ale rozgrywce. Powtórzę się – to nie jest ten Resident Evil, którego pokochałem. Przygody Isaaca to dopiero pierwsza część serii, która ma być kontynuowana. Autorzy od razu wiedzieli w jaką stronę chcą iść i podoba mi się droga, którą podążają. Oficjalnie wiadomo, że sequel powstaje. Życzenia – klimat tak nasycony jak pierwowzorze. Niech tylko gra nas porządnie przestraszy. Capcom natomiast wydaje gry w bardzo odległym od siebie czasie, ale już powiedzieli, że RE6 będzie. Wieść gminna niesie, że grę spotka to co spotkało ostatnio przygody Maxa Payne’a i Księcia Persji - czyli reebot serii. Boicie się? Ja dość optymistycznie patrzę, bo choć najnowsza część serii podoba mi się bardzo to w tej formie nie chcę widzieć sequela. Chcę dreszczowca. A jak nie dreszczowca to niech twórcy czymś mnie zaskoczą.
Więc jak to jest z tymi grami? Niby dobre a dużo rzeczy nadaje się na poprawkę. Albo inaczej. I Dead Space i Resident Evil 5 są wspaniałymi szpilami, przy czym gra Capcomu mnie denerwuje faktem, że seria przestała być sobą. Duch unoszący się nad uniwersum oczywiście pozostał, ale to nie zmienia faktu, że to nie jest już to. Patrząc jednak okiem kogoś kto serii nie zna, jest świeżakiem i kupił sobie obie gry – cóż, obie są świetne. I to bardzo świetne. Macie partnera? Chcecie grę, w którą można pograć dłużej? Szukacie ostrej, ale archaicznej akcji? Albo po prostu smaczek? Bierzcie RE5. Chociaż fani i tak go wybiorą, bo to właśnie gra dla nich. A co z Dead Space? Jest to bardzo dynamiczna i gęsta klimatycznie gra. Innym słowem – survival horror nowej (nie lepszej) generacji.
Posty o podobnej tematyce:
Jeśli spodobał Ci się ten blog, zapraszam do subskrypcji RSS!
RE5 to dla mnie rzezałka, Dead Space – ‘wyższe loty’ :)
Dead Space FTW! Chociaż i RE5 nie jest zły.
RE5 jest uberanckie, zwłaszcza w coopie !
Każda gra mająca coopa jest diabelnie grywalna.
2 razy powtórzone „to nie jest Resident Evil” – a ja, laik nie znający w ogóle serii, nie rozumiem dlaczego :(