Ufnal Kulturalnie #9 – Immersja vs Dystans

Ufnal Kulturalnie

Czy zdarzyło Ci się kiedyś zagłębić się w jakąś grę do tego stopnia, żeby autentycznie przejąć się jej światem i uwierzyć w niego? Podskakiwałeś na krześle, nie z zaskoczenia („o rety, tego potwora tu nie było!”), a z autentycznego strachu? Cieszyłeś się z sukcesów wirtualnych postaci i płakałeś nad ich grobami? Ocierałeś z czoła pot po kilku godzinach przemierzania postapokaliptycznych pustkowi lub drżałeś z zimna wśród nieprzyjaznych lodowców? A może przeciwnie – do gier podchodzisz bez napięcia, bawisz się nimi, śmiejąc się z ukrytych żartów i wychwytując klisze, znane motywy i nawiązania do popkultury w fabule, bohaterach i dialogach? Może nie potrafisz zrozumieć, jak ktokolwiek mógłby się smucić po [UWAGA-SPOILER!]śmierci Aeris[UWAGA-KONIEC SPOILERA]w końcu Final Fantasy VII to tylko gra? Którakolwiek z tych opcji jest prawdziwa – dzisiejsze Ufnal Kulturalnie powinno Cię zainteresować.

Od dawien dawna (czytaj – odkąd technologia i pomysłowość projektantów pozwoliły tworzyć gry o fabule bardziej rozbudowanej niż ta w Pongu) zaobserwować można w środowisku graczy dwa nurty – immersyjny i zdystansowany. Przedstawiciele tego pierwszego mają tendencje do zżywania się z przedstawioną w grze opowieścią i światem, w jakim jest osadzona. Potrafią oni przeżywać obserwowane na ekranie wydarzenia i przejmować się nimi w stopniu dla „normalniejszych” ludzi często niezrozumiałym. („No ok, pokonał tego finałowego bossa i ocalił świat – ale czy musi o tym opowiadać już dobre pół godziny? I czego mu się tak oczka świecą, czego się cieszy, jakby naprawdę czegoś ważnego dokonał?”) Teoretycznie do tego typu zachowań zachęcają gry, które pozwalają stworzyć postać, z którą można się utożsamiać (czyli głównie cRPGi, ze szczególnym wskazaniem na MMO) i/lub zawierające fascynującą, wciągającą, przejmującą fabułę – a zarazem głównego bohatera, z którym można się utożsamiać (tu prym wiodą japońskie RPG – od wspomnianego Final Fantasy po genialne Golden Sun). Ewentualnie wielki fan Star Wars czy podobnego świata mógłby wczuć się w gierkową adaptację swego ulubionego shared world. I jest to częściowo prawda – moje najmocniejsze tego typu doświadczenie to łzy w oczach w finale Planescape: Torment (z Bezimiennym po prostu NIE DA SIĘ nie zżyć. No i to pytanie, na które każdy z nas musi odpowiedzieć sobie sam… Grajcie postacią z Inteligencją na maksa, podziękujecie mi później). Ale z drugiej strony – do dziś pamiętam, jak zgaszony byłem, kiedy w stareńkim Earthsiege 2 (upraszczając – daleki kuzyn Mechwarriora; wielkie roboty ze spluwami itp.) zginął mój przyboczny, który towarzyszył mi w kilkudziesięciu misjach, a raz uratował mój tyłek i rozwalił samodzielnie bazę wroga, gdy ja zmuszony byłem wycofać się z powodu uszkodzeń… A co by nie mówić – tej grze do RPG bardzo daleko.

Ufnal Kulturalnie #9 - Immersja vs Dystans

Jedną z moich najukochańszych immersyjnych gier jest bez wątpienia Star Wars: Republic Commando. Opowieść o czteroosobowym oddziale komandosów – Delta Squad – walczącym w Wojnach Klonów (dla nieobeznanych – pomiędzy drugą i trzecią częścią nowej filmowej trylogii). Produkcja, która zapowiadana była jako poważny, nieco mroczny, nieco taktyczny shooter w świecie Gwiezdnych Wojen – a która okazała się jednym z najdoskonalszych starwarsowych doświadczeń w historii, w którym wszystkie elementy składają się na niezwykłą, wciągającą całość. Już menu – z mandaloriańską pieśnią bojową w tle (niesamowita, przejmująca muzyka) i delikatną stylizacją na wyświetlacz futurystycznego panelu – pozwala wczuć się w odpowiedni klimat. Potem krótki fragment, w którym oglądamy migawki z „narodzin” i treningu klona-żołnierza (w perspektywie pierwszoosobowej) – i zostajemy zrzuceni w sam środek bitwy. Błyskawicznie zaznajamiamy się z interfejsem, w postaci różnego rodzaju wskaźników wyświetlających się na szybce naszego hełmu (choć, żeby nie było, taką na przykład ilość amunicji trzeba już wyczytać z wyświetlacza na broni) oraz z naszymi kompanami – Deltą 07, ponurym i nieco krwiożerczym snajperem, Deltą 40 – specjalistą od elektroniki i zarazem pedantycznym służbistą oraz Deltą 62 – odpowiadającym za materiały wybuchowe i tony dowcipów wszelkiego sortu. Uczymy się ufać tym ludziom, tak, jak oni ufają nam – swojemu dowódcy, współpracujemy z nimi, ratujemy ich, jesteśmy przez nich ratowani, wspólnie wychodzimy z najgorszego gówna i radujemy się kolejnym spektakularnym zwycięstwem… Autentycznie, pod sam koniec, kiedy na pamięć znałem wszystkie co częściej powtarzane dowcipy 62, doceniłem czarny humor i pewną rękę 07 i przekonałem się, że pod maską formalizmu 40 kryje się dobry, lojalny przyjaciel – miałem pełne prawo nazywać ich swoimi braćmi. Mimo, że byli tylko kupą tekstur, skryptów i znakomicie odegranych dialogów. A zakończenie naszej wspólnej historii – zarazem tragiczne, epickie, piękne i łechtające poczucie zarąbistości każdego prawdziwego fana SW – należy do najlepszych, jakie kiedykolwiek przeżyłem. Nie widziałem – przeżyłem.

Jak widać – jestem typowym przedstawicielem „wczuwaczy”. Tym niemniej nie każdego podobne podejście musi jarać. Gry to w końcu tylko/aż rozrywka (nawet, jeśli okazjonalnie wznoszą się w regiony zarezerwowane dla dzieł sztuki) i nie ma obowiązku aż tak się nimi podniecać. Profesjonalny gracz, pykający całymi dniami w CounterStrike czy Dawn of War raczej niespecjalnie przejmuje się życiem zakładników czy fabularną otoczką Czterdziestego Pierwszego Millenium. Ktoś, kto wieczorami odpala Painkillera, by odprężyć się, mordując setki potworków, niekoniecznie musi zwracać uwagę na fabułę i świat gry (akurat tu nie ma też tak szczególnie na co jej zwracać). Osoby zaznajomione z literaturą i kinematografią niekoniecznie muszą się jarać sztampowymi światami i fabułami wielu cRPG, wciąż czerpiąc z grania w nie przyjemność. Osobiście znam pewnego osobnika po czterdziestce, który nałogowo pyka we wszelkie strategie, zwłaszcza ekonomiczne – niemal zawsze olewając otoczkę i klimat, a skupiając się na wyzwaniu intelektualnym, które przed nim stawiają. Są osoby, którym jakieś szczególne wczuwanie się w wydarzenia na ekranie po prostu nie jest potrzebne do szczęścia – i są gry, które, specjalnie dla nich, pełne są mniej lub bardziej drobnych smaczków, które wybijają z idealnej iluzji świata gry, ale dają sporo radości. Przykład z ostatnich lat – Wiedźmin. Gra, w której świat, przyznaję, nie było mi łatwo się idealnie wczuć (choćby ze względu na przytłaczającą osobowość Geralta – weź tu się z takim utożsam – czy mocną niezgodność z moimi wyobrażeniami o wiedźmińskim świecie – echinopsy jako roślinki, wydekoltowana Triss, Zoltan z irokezem…), ale która podbiła moje serce pierdyliardami smaczków i nawiązań. Od ciekawego przedstawienia mechanizmów segregacji rasowej, kojarzących się mocno ze średniowiecznym traktowaniem Żydów czy Ormian po gangstera o ksywie „Baranina” i tekst „Spieprzaj, dziadu!”. Nie dość, że znakomicie trzyma to klimat prozy Sapkowskiego (który początkowo fabuły opowiadań tworzył, odbrązawiając znane motywy z bajek i odwoływał się nie raz do języka, kodów kulturowych i problemów naszej współczesności), to jeszcze najzwyczajniej w świecie sprawia kupę radochy! Oczywiście, kogoś może irytować, że mieszkańcy Wyzimy co i rusz rzucają cytatami ze znanych filmów, bo psuje to wizję pseudośredniowiecznej krainy fantasy. Cóż – de gustibus non est disputandum (tudzież „jedni wolą ogórki, inni ogrodnika córki”). Mi się tam to podoba.

Ufnal Kulturalnie #9 - Immersja vs Dystans

I żeby nie było – nie jest tak, że immersji i dystansu nie da się połączyć. Koronnym przykładem jedna z najlepszych serii gier ever, czyli Fallout. Fascynująca opowieść o alternatywnej wizji świata po wojnie atomowej, gdzie współegzystują resztki futurystycznej technologii, kultury na oko z lat 50tych i patologicznych sytuacji, jakie wytworzyły się po nuklearnej katastrofie (ludzie powracający do czasów plemiennych, kapsle od coli jako waluta, koszmarne mutacje i związana z nimi segregacja… Fajnie jest ogólnie). Niebezpieczna podróż przez zaludnione śmiertelnie groźnymi popromiennymi potworami i niewiele się od nich różniącymi zdziczałymi ludźmi pustkowia. Niezwykła okazja do grania tak, jak się chce – jako sprytny handlarz, bezlitosny najemnik, zręczny dyplomata, cyniczny snajper, złodziejaszek o dobrym sercu albo panienka wyznająca zasadę „przez rozporek do celu”. Znakomicie wykreowana iluzja realizmu – włącznie z opartym na przenośnym komputerku PipBoy interfejsie, trzymającym unikalny klimat. Jeden z najbardziej uzależniających i fascynujących światów, jakie wykreowano w kulturze popularnej. A jednocześnie jedna z najbardziej bezwstydnie i jajcarsko postmodernistycznych gier, jakie trafiły na komputery osobiste. Znajdziemy tu wszystko – pojedynek pięściarski z napakowanym mutantem odgryzającym uszy, strażnika mostu ze Świętego Graala, stokrotkę i wieloryba z Autostopem przez Galaktykę czy słynny cytat z Duke Nuke’m „It’s time to kick ass and chew bubble gum… and I’m all outta gum.” Plus jedna z moich najukochańszych scen w grach, związana z faktem, ze z Fallouta 1 w niektórych edycjach wycinano postaci dzieci, gdyż możliwość ich zabijania mogła wypaczać biedne i słabe umysły. W części 2, kiedy pewna lekarka tłumaczy bohaterowi przyczyny braku dzieci w Vault City, jego odpowiedź brzmi „A ja myślałem, że to dlatego, że jesteśmy w wersji Fallouta 2 przeznaczonej do sprzedaży w Wielkiej Brytanii”… Nie pamiętam już, jaką miałem minę, gdy to zobaczyłem, ale z pewnością dość głupią.

Dociekliwy czytelnik mógłby w tym momencie spytać „A właściwie po co to tak dzielić i rozważać, czy nie chodzi po prostu o to, żeby się dobrze bawić?”. I owszem, o to chodzi. Ale, primo, warto moim zdaniem być graczem świadomym, doceniającym te czy inne cechy konkretnych gier, a do tego takie rozważania się przydają. Secundo, udało mi się tu przemycić cichaczem swoją opinię o kilku świetnych grach i, być może, zachęcić kogoś do sięgnięcia po nie. I wreszcie tetrio – przy odrobinie szczęścia kwestia „co jest lepsze – wczuć się czy zdystansować” stanie się zaczątkiem fajnego flejma… Znaczy, ciekawej, merytorycznej dyskusji, z której wyniknąć mogą świeże, ciekawe pomysły i opinie. A grom – jako dziedzinie kultury aspirującej do rangi sztuki – przyda się trochę ostrej rozpierduchy intelektualnego fermentu. I tym optymistycznym akcentem żegnam się – do przeczytania!

Posty o podobnej tematyce:

  1. Ufnal Kulturalnie #3 – Światotworzenie
  2. Ufnal Kulturalnie #5 – …a może poczytać?
Jeśli spodobał Ci się ten blog, zapraszam do subskrypcji RSS!

7 Komentarzy do wpisu “Ufnal Kulturalnie #9 – Immersja vs Dystans”

  1. DarthStan pisze:

    Zakończenie RC było naprawdę dobre, ciekawi mnie czy kiedyś powstanie kontynuacji tej gry. A klimat Wiedźmina i odwzorowanie świata są mym zdaniem świetne. Szkoda że każda gra nie ma w sobie takich zakończeń jak te dwie. A świat W40k jest godzien zekranizowania…

  2. Sephirath pisze:

    AAAAaaaaaaaa, spoiler na głównej :D

  3. AngRoss pisze:

    Gdybym miał zamiar kiedykolwiek zagrać w jakiegokolwiek FF to bym się rzucał o ten spoiler ;p dajcie jakiegoś alerta ;)

  4. Ufnal pisze:

    Alert dany, acz mi się wydaje, że to nie większy spoil niż zdradzenie, kto jest ojcem Luke’a Skywalkera :D

  5. MKRaven pisze:

    Zacznę od tego, że w ogóle super tekst i na poziomie – gratki dla autora :).

    Poza tym autor trafił idealnie w mój gust tzn. wczuwanie się w świat. I to mówię całkiem na serio bo u mnie jest to posunięte do tego stopnia, że nawet w Test Drive: Unlimited jeździłem wyznaczonymi pasami ruchu i starałem się wykonywać przepisowe manewry wyprzedzania :) . Wierzcie bądź nie ale wtedy dopiero jazda dawała mi najwięcej frajdy i wtedy dopiero można było poczuć prawdziwą moc tych maszyn jak wyskakiwało się zza jakiegoś cywilnego auta i dawało w palnik. Może to wynika z tego też, że jestem fanem symulatorów i właśnie dlatego jedną z najważniejszych rzeczy jest dla mnie jak najbardziej rzeczywista iluzja świata. O grach takich jak np. Gothic to już nawet nie wspominam bo to, że mogłem tam po prostu usiąść przy ognisku i upichcić mięso jak każdy normalny człowiek powodowało, że miód lał się na moje serce ;) . I gra, która jak do tej pory zrobiła na mnie pod tym względem największe wrażenie i wywołała najwięcej, całkiem prawdziwych, emocji – Metal Gear Solid 4. Po prostu brak mi słów, żeby to opisać bo to trzeba samemu przeżyć…

    A co do dzielenia – dla mnie właśnie czerpanie frajdy z gry to jest wczuwanie się w świat. Bo co to za frajda poklikać klawiszami i pojeździć myszką, jak nie mamy w tym żadnego celu? Żadnej chęci zrobienia czegoś, uratowania kogoś, wygrania walki ze złem, czy dokonania czegokolwiek innego?

    I przyznam się bez bicia i to jako fan SW – RC to bodaj jedyna gra rozgrywająca się w tym świecie i wydana w ciągu ostatnich lat, w którą nie grałem. Jednak po takiej reklamie już zaczynam szukać i mam nadzieję, że jest gdzieś do dostania jeszcze. :)

    Pozdrawiam
    MKRaven

  6. Ufnal pisze:

    Ja też mam nadzieję, że RC znajdziesz, im więcej fanatyków, tym większa szansa, że jak w końcu pójdziemy pikietować pod biurami LucasArts to się ugną i wypuszczą porządnego sequela :)

    A w ogóle to możemy się licytować – ja potrafię się wczuwać nawet w Cywilizację IV :D Wyobrażam sobie, jak moglaby wyglądać kultura tego tworu, który właśnie tworzę, jak nazwaliby tę wielką pustynię, dookola której postawiałem miasta itp :)

  7. MKRaven pisze:

    Nie to ja tylko w Civ IV wyobrażam sobie co się dzieje z miastem przeciwnika jak uderzy w nie w jednej turze 10 moich ICBM i wtedy na mojej twarzy pojawia się szatański uśmieszek :D .

Skomentuj!

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>