Recenzja – Wolfenstein

Recenzja - WolfensteinRage bezsprzecznie jest priorytetem firmy Id Software. To produkcja, w którą Carmack i spółka, wkładają mnóstwo ciężkiej pracy i to widać na pierwszy i na drugi rzut oka. To tytuł, który zapowiada się oszałamiająco i śmiem powiedzieć, że autorzy wypluli z siebie markę, która będzie kontynuowana przez kilka lat. O Doomie czwartym cicho, wiadomo jedynie,  że kontynuacja bezimiennego marine jest w produkcji, a twórcy mówią o niej „awesome”. Obie gry są właśnie powodem, dla których najnowszy Wolfenstein awesome nie jest. Id zlecił tworzenie tytułu firmie, która ma na koncie całkiem niezłego Quake 4. Niestety, nowe przygody Blazkowicza też są tylko niezłe. Przyznam, że brakowało mi na rynku takiej oldschoolowej gry gatunku FPS, co nie zmienia faktu, że tytuł byłby dużo lepszy, gdyby za jego produkcję wzięło się Id. Niestety. Nie tym razem.

You are Blazkowicz – można by rzec. To legendarna postać, którą niestety trochę w tej części „oszpecono”. Nie jest tak charyzmatyczna i mówi też kilka słów, co w poprzednich odsłonach było nie do pomyślenia. Twoją misją jest… Właściwie nie mam pojęcia co jest Twoją misją. W grze niby jest jakaś fabuła, niestety można ją streścić do „zrób tak, żeby uratować świat”. I właśnie dlatego odwiedzasz miasto zwane Isenstadt. Zaczyna się fajnie, zajeżdża klimatem rodem z Return to Castle Wolfenstein. Później jest gorzej.

Zrzynka z Call of Duty: World at War, z dodatkiem Dooma? Można by spokojnie stwierdzić. Sterowanie, celowanie – wszystko jest identyczne. Można nawet odrzucać granaty. Różnicą jest fakt, że jest możliwe noszenie w kieszeni dużą liczbę broni i jest to ukłon w stronę starszych „efpeesów”. I de facto cała gra polega na strzelaniu. Ktoś mógłby rzec, że każdy FPS powinien polegać właśnie na tym. Tyle, że Wolfenstein jest tak spłycony, że faktycznie – masz dużo broni, nie ma  żadnych zastanowień moralnych i prawda jest taka, że… idziesz i strzelasz. To nie jest Halo. To nie jest Half-Life. To tylko Wolfenstein, a chciałoby się rzec – to jest AŻ Wolfenstein.

Miasto jest małe, wąskie i w sumie wygląda jak labirynt. To nie jest Mekka z Assassin’s Creed. To brzydota w największym tego słowa znaczeniu. Pusto, nędznie, a w dodatku nudno. Nie łaźcie po nim. Chodźcie od razu na misję. Wykonujemy zadania dla dwóch różnych organizacji. Często polega to na wysadzeniu czegoś w powietrze, albo odbiciu zakładnika, ale nie oszukujmy się – i tak na „ocb”, należy odpowiedzieć, że o strzelanie.

Veil. Amulet, który dostajemy gdzieś na początku gry i daje nam różne moce. Jedna to tarcza, dzięki której możemy wybiec na przeciwnika, a nie dostaniemy żadnej kulki. Przydatne. Drugą mocą jest zwiększona siła pocisków. Trzecią zwalnianie czasu, którego nie komentuję. Zostaje czwarta moc – jesteśmy szybsi. Każdy „power” się kończy, jeden szybciej, drugi nieco wolniej i musimy się „doładować” – znajdujemy coś co wygląda dziwnie (kałuża unosząca się?) i voila. Ej, no i ten Veil się przydaje też do czego innego – można znaleźć tajemne przejścia i takie tam pierdoły. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie jego nędzny wygląd. Coś podobnego widzieliście już w Soul Reaver, ale to co jest tu, jest naprawdę brzydkie. Świat jest zielony, przeciwników lepiej widać, ale rzućcie okiem na screeny, że to nie zadowala naszych pięknych oczu. Doceniajcie oczy, nie grajcie w to.

Return to Castle Wolfenstein był naprawdę genialną pozycją. Może przesadzam, bo pałam do gry sentymentem, ale nawet nie próbujcie porównywać do tej odsłony, jej kontynuacji. Wiecie, tam emocje były podnoszone cały czas w górę, grafika była śliczna. I ta dynamika. Tu wszystko dostajemy od razu, nie ma żadnego efektu zaskoczenia – idziemy, strzelamy, znajdujemy bronie. A, właśnie – bronie. Cóż, w sumie nie ma żadnego gnata, którego brak w RTCW, a kilku nawet nie ma. Jest miotacz ognia, jest Rocket Launcher, jest i poczciwy MP44.

Nazistów zabija się fajnie, nie powiem. Pchają się pod lufy, są głupi. AI nie zachwyca. I to samo jest przeciwnikami innej klasy. Wszelakie potwory (o ile „to” można nazwać potworami) są jeszcze głupsi, choć ciężsi do zabicia. Ale tu znowu – to nie RTCW. Ich design jest denny, a różnorodność żadna. Fajny był Assassin – niewidzialny i zabija z bliska. Ano, i był jakiś większy sub-boss. Nawet trzy. Aż trzy, wow.

Recenzja - Wolfenstein

Gra mimo tego, że oferuje całe miasto do dyspozycji, nie jest sandboxem. Jest w stu procentach liniowa, a misje to korytarzyki. A co miasto ma do zaoferowania oprócz brzydoty i głupocie designu? Cóż, można się po nim szwędać i poświęcić czas na jego „podziwianie”. Oczywiście ważnym jest fakt, że idąc do pewnego budynku, można ulepszać bronie. I tu zaczynają się jedyne dylematy – ulepszyć MP44 czy miotacz ognia? A może właściwości Veila? Och, drama… Całe miasto to jedna wielka kupa i inaczej tego nazwać nie można. Śmiem twierdzić, że podwyższyłbym ocenę, gdyby miasta nie było. No i można znaleźć wszelkiego rodzaju collectables – Tomes, Intels i złoto. W misjach także. Towarzyszy temu charakterystyczny, ale również trochę wiejski, dźwięk. Trochę.

A multiplayer? Kilka trybów, kilka postaci i wyrżnąć ich! Zupełnie jak w singlu, tylko bawi o wiele mniej. Pomimo tego, że tryb dla jednego gracza, też nie jest jakoś wielce boski. Pograłem, wyłączyłem. Zupełnie sztampowy jak Quake 4, Doom 3… Jednym słowem – beznadzieja.

To co stoi na naprawdę wysokim poziomie to udźwiękowienie. Muzyka jest klimatyczna, chociaż do takiego Halo 3: ODST nie może nawet podskoczyć. Warknąć tym bardziej. Ale dźwięki broni są dobre. O grafice już wspominałem, ale napiszę  jeszcze raz, tym razem szczegółowiej. Tekstury to porażka na całej linii – rozłażące się, biedne, rozmazane. Modele postaci są gorsze niż w Halo 2, a to mówi samo za siebie. Wszystko się świeci, ale czego spodziewać się po silniku Id Tech 4? No właśnie – niczego.

Narzekam, narzekam, a w sumie bawiłem się przednio. Gra jest płytka, ale nie beznadziejna. Jest po prostu niezła, ale tez nie była zapowiadana na jakąś rewolucję. Chcieliście oldshoolowego FPSa to macie. Raven sprostało zadaniu i zrobiło po prostu niezłą grę. To niestety za mało, żeby gra uzyskała osiem. Siedem też nie dostanie, bo siedem mają u mnie tytuły takie jak Killzone 2.

Plusy: wszechobecny oldshool

Minusy: wszechobecny oldschool, grafika, płytkość

Ocena: 6.9 Dla zgłodniałych fanów staroszkolnych FPS.

Posty o podobnej tematyce:

  1. Wolfenstein 3D na PSN i Xbox Live
  2. Recenzja – Tomb Raider: Underworld
Jeśli spodobał Ci się ten blog, zapraszam do subskrypcji RSS!

2 Komentarzy do wpisu “Recenzja – Wolfenstein”

  1. Sephirath pisze:

    Chciałem preorderować. Dobrze, że się powstrzymałem :) Będzie na Uncharted2 i Modern2

  2. Fo pisze:

    Pierwsze 20 minut i załamka.
    Ludzie jak graliście w „return” lepiej odpuśćcie.
    Szkoda

Trackbacks/Pingbacks

  1. Recenzja: Wolfenstein « Nyu'owska Tekstownia - [...] Link: http://www.gemono.pl/2009/recenzja-wolfenstein/ [...]

Skomentuj!

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>