Co odróżnia gry bardzo dobre od „tylko” dobrych? Trudno jednoznacznie określić, ale na pewno są to produkcje zapadające w pamięć i takie, w które nie gra się kilka godzin a co jakiś czas się do nich zwyczajnie wraca by ponownie zatopić się w przygodzie. Takim tytułem jest pierwsza część Tomb Raidera – marka, której początkowo głównym bohaterem miał być miły pan. Swoją drogą, ciekawe czy wtedy Uncharted miałby cycatą dziewuszkę niczym Lara Croft. Tą właśnie przedstawicielką płci pięknej od lat przechodzimy gry z serii Tomb Raider, której część pierwsza stanowiła rewolucję w grach video. Z różnych powodów, których raczej nie będę wymieniał, bo to nie retrospekcja. To recenzja remake’u najlepszej odsłony przygód pięknej kobiety, którą trochę zjadł mainstream. No, ale gra była zacna.
Po początkowej animacji przedstawiającej wielki wybuch niszczący domy i przebrnięciu przez menu, oglądamy filmik, którego zadaniem jest wprowadzić gracza w nieco za szybko napisaną fabułę. Larę „nawiedza” pewny siebie pan, którego wygląd raczej mało przypomina poprzednie wcielenie. Mężczyzna pokazuje Larze komputer, przez którego głośnik słychać głos Natli. Chce aby Croftówna znalazła dla niej starożytny artefakt – Scion. Naszej bohaterce od razu wracają wspomnienia a uśmiech ląduje na twarzy. Dziewczyna więc odwiedza pewne śnieżne zakamarki. Cóż, nie brzmi to ani ambitnie ani jakoś specjalnie poważnie. Ot, sensacyjna opowiastka. I niestety pod tym względem gra leży – Lara pojawia się stąd tam, stamtąd jeszcze gdzie indziej i tak jest w Peru by nagle odwiedzić Egipt, poprzedzony nieco krótkawą cut-scenką. Toby Gard opowiadał jak tym razem gra fabularnie będzie ciekawsza, bardziej rozwinięta. A guzik! Wyszło jak wyszło. Ani trochę nie przeszkadza to w znakomitej przygodzie, ale płytkość otoczki nieco razi.
Śnieżne góry, krew się polała a nasza biedna Lara została sama. I zaczynamy rozgrywkę. Tutorial przedstawia o co chodzi w gameplayu (który nie różni się w zasadzie niczym od Legend). Od pierwszej części natomiast jest kilka ławek w bok. Po pierwsze – gra jest łatwiejsza. Jeden błąd nie oznacza śmierci i rozpoczynania rozgrywki od początku. Przeciwnicy też wydają się mniej groźni. Po drugie – sterowanie i ogólne „zmiękczenie” gameplayu. Cóż, teraz Lara może iść w każdą stronę a gałeczka odpowiada za ruchy kamerą. Na plus? Niby tak, ale nie do końca. Rozgrywka stała się „miększa” – Lara ma łagodne ruchy i jakoś tak, mam wrażenie, że skoki są z góry przesądzone. Wybijając się z krawędzi przeważnie lecimy tam gdzie chce twórca. No i cóż, kamera po prostu nie jest najlepsza. Często nie widzimy gdzie skaczemy a co jak co, trzeba tam się dostać. Walki zyskały na dynamice i efektowności, są skoki w tył, przewroty w bok, uniki, slow-motion, który uruchamiamy przyciskiem i celnym strzałem możemy zrobić przeciwnikowi trepanację czaszki. Ale co z tego skoro wystarczy skoczyć na jakąś większą platformę czy nawet kamień i strzelamy nie przejmując się niczym, bo wielki miś nie może nawet nas drasnąć? Z bossami jest inaczej. Już nie wystarczy strzelać na ślepo jak w części pierwszej aż szef polegnie i uderzy głową w ziemię. Teraz na każdego jest jakaś metoda i tak T-Rexa trzeba zwabiać na kolce a… a nie będę spoilerował. Z zielonym gadem zrobiłem wyjątek, bo jest to jedna z wizytówek i zna ją każdy.
Mówiąc rozgrywka jest łatwiejsza nie miałem na myśli tylko pojedynki i skoki z platform na platformę. Absolutnie z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że Tomb Raider: Anniversary jest pozbawiony zagadek. Niektórzy mogą krzyknąć, że jakieś tam puzzle są i często musieli się zastanawiać co zrobić żeby pchnąć akcję w przód. Ba, przy obecnych grach spokojnie mogę uznać, że to właśnie przygody Lary są nafaszerowane rozmaitymi zagadkami. Ale cóż, zastanówcie się czy jest do odpowiednia nazwa. Naprawdę, czasami faktycznie trzeba znaleźć jakiś tam klucz aby otworzyć określone pomieszczenie albo dwa koła zębate. Ale nie nazywajcie tego wszystkiego zagadkami! Takowe były w pierwszej części gry, którą przechodziło się miesiącami bez opisu! Pocąc się po nocach i gryząc wargi. W Tomb Raider: Anniversary praktycznie zawsze wiadomo gdzie iść i ewentualnie co zrobić gdy nie wiadomo. A takiego czegoś nie mogę darować, bo co jak co, ale pierwszej części to była wizytówka (oprócz cycków Lary).
Podążając rozmaitymi dolinami, jaskinie, poprzez koloseum, labirynt, kanały skaczemy, wykonujemy przeróżne akrobacje, których by się powstydziło wiele osób. Przy tym raz na jakiś czas sobie postrzelamy, poznajdujemy różne klucze i poślinimy się na widok tyłeczka Lary. To cały Tomb Raider: Anniversary w pigułce. Oczywiście drastycznie spłyciłem grę, przez co wielu powie „na stos z Nyu!” czy coś w tym stylu. Ale zastanówcie się – nie jest jak mówię? Tak, jest ta głębia przygód i w ogóle, ale gdy przeczytacie pierwsze zdanie z tego akapitu dojdziecie do wniosku, że to jest absolutna prawda. Powiem otwarcie, że jestem fanem serii od jej początków, więc raczej nie mogę być istotą, która za wszelką cenę próbuje obrzucić Tomb Raider błotem. Twórcy po prostu „przyrządzili” nam coś… dziwnego. Niby remake doskonały, a jednak wiele rzeczy mi w nim nie pasuje. Może część pierwsza była zbyt dobra a ja narzekam skoro twórcom idealnie udało się przenieść tamten klimat. To temat na inną dyskusję, ale rzekłbym, że kanciasta Lara jest bardziej seksowna. Metaforycznie rzecz jasna.
Bo oczywiście Rocznica jest grą bardzo ładną. Bez wodotrysków, bez żadnych „ochów” i „achów” i nie wiadomo jakiej technologi. Ale gra no, jest ładna i już. Nie ma wypasionych tekstur, nie wiadomo ile polygonów na modelach każdej z postaci ani niszczącego się otoczenia. Ale gra jest po prostu ładna i nie wyobrażam sobie żeby ktoś krzywo na nią spojrzał. Dlaczego zawsze w recenzji po omówieniu kwestii graficznych przechodzi się do dźwięku i muzyki? Nie mam pojęcia, taka jest po prostu kolej rzeczy. Z przyjemnością jednak zmienię temat na to co cieszy nasze uszy. Bo co jak co, ale Anniversary obfituje w jedną z najlepszych ścieżek dźwiękowych gier komputerowych. Rzecz jasna nie ma nawet startu do takiego Silent Hill 2 czy Metal Gear Solid, ale wzorem części pierwszej, udźwiękowanie to mocna strona gry. Są i klimatyczne, krótkie, ciche kawałki i te głośniejsze uruchamiające się podczas walki. Motyw, w którym pierwszy raz zobaczyliśmy wilki jest magiczny. A main theme uspokaja jak mało który.
Zatem najważniejsze pytanie – czy się udało udźwignąć ciężar piewszej części, która była objawieniem i w ogóle rewolucją w grach video? I tak i nie. Nie, dlatego, że nie było to możliwe – twórcy chcieli po prostu zrobić porządną renowację Tomb Raidera. Solidną, ale bez wodotrysków. Te dostrzegają tylko najwięksi fani serii. A tak, ponieważ gra – powtórzę się - jest wartym pieniędzy tytułem (tym bardziej, że nie mówimy tu o tytule za 2 stówki) i ma klimat, który tak nasilony w grach się coraz bardziej zatraca.
Plusy: Klimat, solidna graficzka, ładne widoki, elementy platformowe, muzyka
Minusy: spłycenie gry i sama płytkość fabuły, brak zagadek, bugi i glitche
Ocena: 8.0 narzekam, narzekam, ale to mimo wszystko jest bardzo dobra gra!
Posty o podobnej tematyce:
Jeśli spodobał Ci się ten blog, zapraszam do subskrypcji RSS!