Pamiętam kontrowersje związane z pierwszymi materiałami Devil May Cry 4. Bohater ma brzydką twarz, śnieg. Fora wrzały do czerwoności. Obawy, że gra przypomina najgorszą część serii – drugą. Miasto. Sam nie spałem po nocach spokojnie, bo bałem się o jedną z moich ulubionych serii. Jednak to wszystko nie było potrzebne. Tak, drogi Czytelniku. Devil May Cry to seria, której styl i klasę można wychwalać bez końca, a jej czwarta część to swojego rodzaju korona na pięknym posągu.
Dante & Nero. Bohaterowie dramatu. Ten pierwszy swoim cynizmem i umiejętnością posługiwania się ironią pobija chyba nawet jasnowłosego Księcia. Znany z każdej części serii, w połowie człowiek, w połowie demon. Syn Spardy. Wiecie jak bardzo jest zajebisty? I jak pochlebne ma o sobie zdanie? Myślicie, że boi się przeciwnika pięć razy większego i z pozoru groźniejszego (tylko z pozoru!)? Odpowiem – nie. Dante to największy lanser i prowokator gier video. Odwagą błyszczy, pięknością zabija a z mocnego ciosu w jego stronę (przebicie na wylot mieczem?) nic sobie nie robi. W sumie wypadałoby teraz opisać Nero’a, ale po co skoro wszystkie cechy Dantego do niego pasują? Tak, jest tak samo szczeniacki i zajebisty jak oryginalny bohater wszystkich poprzednich, jak i tej części.
Syn Spardy choć sam jest demonem, jest ich też pogromcą. Najlepszym, najszybszym i rzecz jasna – najbardziej zajebistym. Czuję, że przegiąłem z używaniem tego słowa, więc możecie trzymać mnie za słowo – limit wyczerpałem i pojawi się ono jeszcze tylko raz w tej recenzji. Pierwsza cut-scenka z gry próbuje udowodnić nam, że jest on tym złym. Masakra jaką wyrządził nie pozostawia złudzeń, aczkolwiek jak to w życiu, pozory mylą. Ten sam filmik pokazuje również, że niestety, ale został znienawidzony przez Nero’a. No i zaczyna się gra i od razu przyjdzie nam pomachać mieczem. Szokiem dla niektórych może być fakt, że pierwszym przeciwnikiem jest boss – szef wszystkich szefów. Zgadniecie kto? Dante! Ale że co? Jak to Dante? No tak to. Nie gramy panem w czerwonym płaszczu a tym w niebieskim (co prawda z czerwonym kapturem). Walka jest widowiskowa i jest też swego rodzaju tutorialem, krok po kroku. Ale zginąć można. I nie zasmucajcie już tak. Białowłosym szpanerem, który jest w posiadaniu Rebelliona też pogramy. Przez drugą połowę gry. No, trochę mniej.
Wiecie jak wielka przepaść dzieli część trzecią a czwartą pod względem rozgrywki? Niewielka. Oczywiście wprowadzenie nowego bohatera zmusiło do kilku zmian, ale wyszły one na dobre i nie są „na siłę”. Dlatego staram się Wam je opisać. Oboma pacjentami sterujemy podobnie – pod trójkąt/Y jest walka mieczem a pod kwadrat/X mamy strzał z broni palnej. Pewne przyciski na górze pada służą do zablokowania widoku na przeciwnika i w zmianie Nero na Super Nero. No i Dante na… Nie zgadniecie – Super Dante. Okej, skoro sterowanie mamy już są sobą, przejdźmy do zmian pomiędzy gameplayem obiema postaci. Młodszy wymiatacz także jest demonem. Nikt o tym nie wie rzecz jasna, ale jego potworna łapa zdradza wszystko. I to największa zmiana w rozgrywce. Kółko/B odpowiada za nią i dzięki temu możemy przyciągać do siebie wrogów w powietrzu czy tam stojąc. Możemy też wypalać nią krótkie widowiskowe combo (dla każdego przeciwnika inna animacja, ale taki sam skutek). Bohater ma jeden miecz, jeden pistolet (który ochrzcił piękną nazwą). Inaczej jest jeżeli chodzi o „konkurenta”. Ten oprócz nierozłącznych pistoletów Ebony & Ivory znajdzie po drodze kilka innych broni palnych – choćby shotgun. A te białe narzędzia zbrodni? Też. Nie chcę za bardzo spoilerować, bo miło odkrywa się takie rzeczy samemu, ale zaznaczam, że są to zabawki ciekawe, pomysłowe i efektowne. Czy bardziej efektywne niż Rebellion (legendarny miecz Dantego)? Raczej nie. No i starszy wyjadacz ma też jedną rzecz, której brak młodszemu „następcy”. Style. Jest ich cztery i można je zmieniać w trakcie rozgrywki. Swordmaster, gunslinger (wiecie do czego służą) plus dwa odpowiadające za obronę i kontraatak. Każdym gra się trochę inaczej i jest przycisk służący za indywidualną akcję dla każdego z nich. Przykład? Bierzcie sławetne pistolety, wybierzcie gunslinger, skoczcie i wciśnijcie przycisk. Bohater wówczas w locie obraca się głową w dół i efektownie spuszcza ołowiem łomot różnym pajacom.
Bo przeciwnicy to pajace rzecz jasna. Przynajmniej część z nich. Dosłownie. Reszta to jakieś ogniste psy, wielkie jaszczurki i inne wynalazki. Oczywiście mówię w spłyceniu tego wszystkiego, ale staram się patrzeć na grę z dystansem gdyż co jak co, ale jestem fanem serii. Więc głupio byłoby wychwalać fanbojowsko wychwalać grę nie patrząc nawet na jej wady. Bo tak naprawdę to design wrogów jest naprawdę fajny i trudno do czegokolwiek się przyczepić. Cóż, gra to slasher – gatunek, który uwielbiam. Czyli jesteśmy rzucani na 20 metrową powierzchnię jako dziwny bohater i mamy mnóstwo przeciwników do pokonania. Oczywiście jest to slasher trudny więc przy podliczaniu misji odejmują nam punkty i wystawiają słabą ocenę. Chodzi o trzaskanie przeciwników. W jak najbardziej efektowny, widowiskowy sposób. Przy czym gra pozdrawia środkowym palcem button masherów – niestety nie jest to gra dla Was i nawalanie w jeden przycisk bez przerwy raczej mija się z celem. Liczy się sklejanie combo. Śmianie się z przeciwników. Dominacja. I nie – gra nie jest bezmózgą nawalanką, bo bezmózgi nie poradzą sobie z grą. Poza tym jest masa elementów zręcznościowych i przygodowych. Są też takie mini-zagadki. Takie naprawdę mini.
Gra jest designersko jak i wizualnie bardzo, ale to bardzo ładna. Po pierwsze mamy zróżnicowanie lokacji. Mamy las, zamek, śniegowe tereny, pałac i kilka innych, fajnych miejsc. Fajny, ciekawy design współpracuje z ładną, szczegółową grafiką. Rzecz jasna wyszły już gry, które zawiesiły poprzeczkę, ale Devil May Cry 4 po prostu musi się podobać (a gra chodzi w sześćdziesięciu klatkach na sekundę!). Dobre tekstury, fajne efekty specjalne i oczywiście spektakularność i widowiskowość tego wszystkiego. Spektakularność podkreśla też muzyka. Cóż, jest jej za mało, ale gdy zaczyna się akcja i startuje pierwsza sekunda jakiegoś kawałka (Shall Never Surrender!) – uwierzcie, aż chce skopać się tyłki (i nie tylko tyłki!) jakiejś tam ilości pokrak. Oprócz ich samych są też bossowie. A ci to już w ogóle mistrzostwo świata. Uwierzcie na słowo. Albo zagrajcie.
Wiele gier swoimi cut-scenkami zwyczajnie przynudza. Heavenly Sword taki nie był, w dodatku swoją mimiką twarzy pokazywał swoistego „fakera” wielu innym produkcjom. Ale co z tego skoro tak naprawdę żaden filmik zespołu Ninja Theory nie dosięga do stóp temu co możemy zaobserwować w Devil May Cry 4? Walki pomiędzy Dantem i Nero są dopakowane ołowiem, wypełnione akcją i otoczone nutką śmiechu i absurdu. Przy czym nie próbują być ani grama poważne. Założę się, że gdyby były osiągnięcia za ich oglądnięcie, wszyscy Ci, którzy przewijają filmiki w grach by się zachwycali tym co przygotowali twórcy i już żadnej z cut-scenek by nie przerwali. Nie jestem fanem osiągnięć, ale cieszył mnie bardzo fakt, że codziennie włączając grę, widziałem wyniki moich przyjaciół. Ten przeszedł tą misję z rangą „S” a ten ma już 30 godzin na liczniku. Cóż, plus za taką akcję. A przy okazji – mam więcej godzin na liczniku.
Powiem szczerze – nie oczekiwałem wielkich zmian w rozgrywce. Niektórzy mogą narzekać, że to wciąż ten sam Devil May Cry co na konsolach poprzedniej generacji, tyle że w HD. Cóż, nie zabraniam im. Reszcie polecam tytuł serdecznie, bo nie wyobrażam sobie żeby jakiś fan slashera nie zwrócił na niego uwagi. Co więcej – jest to tytuł, który powinien przykuć uwagę sporej liczbie osób, którzy o slasherach wiedzą tyle co zeszłoroczny śnieg. Wiem, że używa się tej metafory kiedy indziej, ale cóż, zeszłoroczny śnieg nie wie przecież nic o slasherach. Powiedziałbym, że gra kopie tyłki i wyrywa gałki oczne, ale nie wiem czy to nie minie się z prawdą. Ale mi wyrwała. Bo ta gra jest zajebista.
Plusy: widowiskowość, bardzo ładna grafika, cut-scenki, Dante & Nero, trudna
Minusy: za mało muzyki, mało typów przeciwników
Ocena: 9.0 Powinna się podobać, a dla mnie najlepszy slasher.
Posty o podobnej tematyce:
Jeśli spodobał Ci się ten blog, zapraszam do subskrypcji RSS!
Trójka była IMO lepsza. Nero może mnie wkurzał, ale grało się nim lepiej niż Dantem za sprawą jego ręki !
Trójka to już w ogóle był odlot i hardcHore ;]
DMC4 to gra, w którą można się zagrywać godzinami. Lub można siedzieć godzinami i oglądać filmiki. Tak po prostu. Ludzie, którzy robili sekwencje początkowe (intro plus tutorial), zasłużyli na potrójną premię i pół roku płatnego urlopu – a dalej jest chwilami jeszcze lepiej (zwłaszcza w związku z finałowym bossem… Ale do tego trzeba dojść samemu). Nie zgodzę się co prawda z recenzentem, że Nero jest z charakteru bliźniaczo podobny do Dantego – N to gówniarz w 300% i fagas jakich mało (choć, żeby nie było, potrafi wzbudzić sympatię – zwłaszcza wtedy, kiedy wychodzi z niego zwykły, kochający i… słaby człowiek), D to wymiatacz z niesamowitym stylem i klasą. Coś jak Robin i Batman. Ogólny wydźwięk recki jest jednak w 100% zgodny z rzeczywistością – DMC4 rządzi! (wynik 84/100 na metacritics – 78 na PC ale to wina debili oceniających tylko brak dodatków w stosunku do wersji konsolowej – uważam za zadziwiająco niski).
Nyu Kocham cie piszesz tutaj najlepiej na tym tym czyms ale piszesz jadyny z głową reszra nieumie pisac lol zal mi ich jupi nyu jestes mojm skarbem kocham cie pisz dalej
!!!!!JESTEŚ NAJLEPSZY!!!!!
A ja bym pokolorował na czerwono i niebiesko plusy & minusy ;)