Recenzja – Crystal Defenders

Recenzja: Crystal Defenders

Jest taki totalnie niszowy gatunek gier, który totalnie przeczy wielu podstawowym założeniom rynku. Każdy jego przedstawiciel jest grywalny. Zaletą tych większych jest rozbudowanie, zaletą tych mniejszych prostota. Grafika może być nieistniejąca – nikt nie zwróci uwagi. Brzmi niecodziennie? A mowa o niedocenianych Tower Defense, „popierdółkach”, które się albo kocha albo totalnie ignoruje. Ja je kocham. Tak samo jak pokochałem Crystal Defenders.

Pobrane? Pobrane. Zainstalowane? Też. To uruchamiamy. I jak pierwsze wrażenia?

No, jak to Final. Epicka muzyka, pogodne postacie, jasne kolorki. Menu jest podzielone na kilka kategorii, ale kto zwraca na takie rzeczy uwagę przy dziewiczym obcowaniu z tytułem. Przeklikujemy się przez kolejne decyzje aż w końcu naszym oczom ukazuje się ekran gry jako takiej. Mapa pośrodku, wizualizacje naszych i wrażych jednostek po bokach (zmniejszony ekran związany z problemami z rozdzielczością – gra docelowo powstawała na konsolki mobilne). Przez teren wije się trasa – to po niej od startu do mety będą przemieszczać się potwory. To wzdłuż niej będziemy stawiać jednostki o różnych zasięgach i specjalnych umiejętnościach. Jednostki mające jedno zadanie – wyczaić oponenta i zamienić w budyń.

O ile tras jest ruska mnogość (koło 300), przeciwników nieokiełznana różnorodność (latające, pełzające, odporne na magię lub cios z piąchy, żywe i martwe – pełen inwentarz) a efekty graficzne przywodzą na myśl szkolne jasełka (jak wspominałem wcześniej – jak to Final), tak na jedno można się lekko wkurzyć. Ilość naszych jednostek. Z czasem co prawda nasze szeregi wzbogacają dodatkowi herosi i feature zwany Power Crystals, lecz pierwsze plansze zieją pustką. Możemy postawić raptem paru obrońców – Pana Piąstkę, łuczniczkę, maga, piąstkę obszarową, złodzieja (a to jest akurat odkrywcze – koleś kradnie dodatkowe coiny z przeciwników zneutralizowanych w jego polu działania) i Maga Spowalniacza. I nie chodzi nawet o to, że to tzw. „standardowa paczka” w tego typu tytułach. Po prostu mam na swojej komórce jakiegoś defendera gdzie „swoich ziomów” jest grubo ponad dwadzieścia typów od samego początku. A tutaj ledwie sześć, siedem? Ee, Square Enix, nie popisaliście się. Toż to się odechciewa czekać „na dalej”.

Recenzja: Crystal Defenders

Na szczęście dalej jest lepiej. Po spektakularnym zaliczeniu na maksach paru pierwszych plansz postanawiam pomyszkować dalej po menu głównym. Całość podzielono na W1 (proste mapki), W2 (trudniejsze mapki + więcej jednostek i kryształów) oraz W3 (jestem hardkorem). Większość tras, zakrawając o wszystkie, ma również swoją wersję „advanced”, w sam raz dla domorosłych strategów, którym łatwe i przyjemne zwycięstwo dziwnie mocno hańbą trąci.

Przy W2 i W3 nuda idzie w niepamięć, jednostkami mapa się zagęszcza, przeciwnicy szaleją, dróżki kręcą –ot, festyn. W każdej chwili możemy zresztą przytrzymać prawy trigger co przyspiesza grę o jakieś 30-50%. WTEDY dopiero przestajecie ogarniać co się dzieje. Ale za to szybko kasa rośnie.

I to jest największa z zalet tej produkcji (no, okej, zaraz po wesolutkiej oprawie graficznej i świetnym, epickim, klimacie wielkich starć na tycich mapkach). Jedni pograją sobie spokojnie używając podstawowych map, najprostszych w łączeniu jednostek i na normalnym tempie. Gdy się zatrzymają w trudnym momencie mogą sobie włączyć coś w rodzaju interaktywnego filmiku – pomocy do danej trasy przygotowanej przez twórców, pełnej dobrych rad co do rozstawiania obrońców.

Drugi zaś typ Graczy wymaszeruje super wyniki na najbardziej pokręconych trasach przy użyciu mega trudnych w opanowaniu kolesi i, aby nudno nie było, na pełnym przyspieszeniu. Dobrze zabawi się każdy, i amator i amator.

Za 36 złotych dostajemy nieokiełznanie potężną paczkę map, potworów i jednostek. Miliardy monet do zebrania, miliony kryształów do obronienia i pół-istniejącą fabułę (o ile w ogóle można to tak nazwać. No, ale jest. Więc odnotowujemy). Jeśli ktoś defenderówki kocha to i tak spędzi przy tym tytule kilka(naście?) godzin co najmniej. Jeśli nie lubi, i tak się nie przekona.

Więc decyzja prosta.

Plusy: Fenomenalny klimacik, przyjemnie się pyka, „popierdółka na kwadrans”

Minusy: Archaiczna oprawa, średnia różnorodność, potrafi szybko znudzić

Ocena: 6.5 Jak jesteś fanem, dodaj do oceny 2 oczka

Posty o podobnej tematyce:

  1. Recenzja – Tomb Raider: Underworld
  2. Recenzja – Flower
Jeśli spodobał Ci się ten blog, zapraszam do subskrypcji RSS!

Skomentuj!

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>