
Kilka lat temu cyfrowa dystrybucja stanowiła niszową gałąź rynku. Jednak wraz z nadejściem siódmej generacji konsol stała się ona nieodłącznym elementem naszej branży, który w mig wykorzystali wszyscy twórcy gier. Dzięki temu światło dzienne ujrzało sporo perełek – produkcji z pozoru małych, ale będących w rzeczywistości niesamowicie wciągającymi grami. Do tego grona śmiało można zaliczyć Battlefield 1943.
DICE – szwedzki oddział Electronics Arts istnieje już od 1988 roku i zasłynął głównie z serii strzelanin osadzonych (przeważnie) w realiach II wojny światowej – Battlefield. W oczekiwaniu na drugą odsłonę Bad Company, producent postanowił umilić czas oczekiwania poprzez wydanie Battlefield 1943 – shootera nastawionego wyłącznie na rozgrywkę przez sieć, w wydaniu cyfrowym.
Reguły gry są stosunkowo proste. Dostępny jest tylko jeden tryb rozgrywki dla 24 osób – walka drużynowa, czyli klasyczny team deathmatch pomiędzy USMC (United States Marines Corps), a IJN (Imperial Japan Navy). Celem jest zdobycie i utrzymanie jak największej ilości flag w bazach rozrzuconych na mapie. Nie mamy możliwości wyboru drużyny – zostajemy przydzieleni do danego składu automatycznie. Istnieje jedynie opcja zaproszenia do wspólnej gry znajomego z listy przyjaciół.
I tutaj zaczynają się schody. Gdy trafisz do zespołu, który jest mało zgrany, nie zdobywa celów i nie rozumie, co to znaczy walka zespołowa – przyjemność z grania leci o kilka punktów w dół. Jest to o tyle frustrujące, że zdarza się to dosyć często – przynajmniej w moim przypadku, gdzie z reguły trafiam na osoby, które opisałem na początku akapitu. Mimo tego i tak ciągle siedzi wewnątrz duszy jakiś głos, rzucający hasło „graj dalej!„. BF1943 wciąga niesamowicie. Nie ma mowy o włączeniu gry z pretekstem „pogram kilka minut” – godzinka to absolutne minimum by dobrze się rozkręcić.

Boje toczy się na… trzech mapach - Iwo Jima, Guadalcanal oraz Wake Island. Powiecie – tylko. Ja powiem – wystarczająco. Naprawdę, jak na cenę tej gry – 47 zł, ilość jest jak najbardziej zrozumiała. Za to każda z nich została zaplanowana z rozmachem – mapy są duże, przez co walkę z reguły prowadzi się na odległość, a granicę wyznacza ocean.
Domeną każdej gry z serii Battlefield były pojazdy. Tych, w przypadku tej części także nie mogło zabraknąć. Mamy do wyboru szybkiego i zwinnego jeepa, siejący postrach czołg, wymagający doświadczenia w kierowaniu samolot oraz barkę desantową. Dają one sporo frajdy, zdecydowanie zwiększając tempo rozgrywki. Miłośnicy latających skrzydeł na pewno są zadowoleni, bo dla nich został przewidziany specjalny tryb – Air Superiority, rozgrywający się na mapie Coral Sea (Morze Koralowe). Jest on dedykowany wyłącznie tym cudom techniki – walka rozgrywa się tylko w powietrzu!
Znakiem dzisiejszych czasów jest zrezygnowanie z apteczek na rzecz automatycznego odnawiania pasku zdrowia oraz, dość kontrowersyjna, niekończąca się amunicja. Ukłon w stronę Graczy niedzielnych? Może i tak, ale podczas grania zupełnie mi to nie przeszkadzało, ba – było nawet wygodne. W końcu nic tak bardziej nie denerwuje, jak brak amunicji w starciu jeden na jeden. Twórcy zaimplementowali także dużą ilość (50) odznaczeń, które można zdobyć wykonując określone zadania. Jeżeli połączymy to z Trofeami / Achievementami, to czas gry znacząco się wydłuża – zawsze odznaczenia to dodatkowa motywacja do grania.

Wróćmy jednak na ziemię. Przed każdym respawnem musimy zadecydować, jaką klasą będziemy grać. Do dyspozycji są trzy. Infantry (piechur) – w jego ekwipunku znajdzie się karabin maszynowy, wyrzutnia rakiet i granaty, Rifleman (strzelec) zaś jest idealnym rozwiązaniem do walki na średni dystans – wraz ze strzelbą wyposażoną w granatnik stanowi zgrany i skuteczny duet. Ostatnia klasa to Scout (snajper, skaut) – tutaj pozostają tylko krzaki (ewentualnie bunkier, wieża) i zabawa w ruchome cele za sprawą snajperki. Co ciekawe, ten ostatni w nacji japońskiej, jest wyposażony w… katanę.
Opisałem aspekty rozgrywki, a o mało co nie przeoczyłbym walorów audiowizualnych. Tutaj DICE stanęło na wysokości zadania. Silnik Frostbite generuje bardzo ładną grafikę, o specyficznym klimacie. Oczywiście nie jest to Killzone 2, ale BF1943 ma swój własny, niepowtarzalny styl. Nie można także przeoczyć faktu, że wszelkie budynki, a nawet drzewa, można zniszczyć. Dźwięk? Tutaj brak mi słów – oprawa audio jest fantastyczna. Głosy dobiegające z frontu w 100% oddają warunki panujące na prawdziwej wojnie, a dźwięk broni został odwzorowany wręcz wzorcowo – niech potwierdzeniem tych słów będzie fakt, że wypowiedziała je w mojej obecności osobą będąca w wojsku zawodowym.
Battlefield 1943 przypadnie do gustu każdej osobie, która lubi gatunek FPS. Jest to tytuł bardzo dobry, który wciąga na długie godziny, wynagradzając to świetną i satysfakcjonującą rozgrywką. Pomimo jednego trybu rozgrywki i trzech map*, na pewno nie będziesz się nudził. Jeżeli rozważasz zakup, to czym prędzej go sfinalizuj – wydanych pieniędzy absolutnie nie pożałujesz. Polecam!
* – nie licząc Air Superiority na mapie Coral Sea, ale ten został stworzony wyłącznie z myślą o samolotach
Plusy: klimat, ogromna przyjemność z rozgrywki, grafika i dźwięk, wykończenie map
Minusy: brak balansu pomiędzy składami, dla niektórych: trzy mapy, w zasadzie jeden tryb rozgrywki
Ocena: 8.5 Dla lubiących gatunek FPS
Posty o podobnej tematyce:
Jeśli spodobał Ci się ten blog, zapraszam do subskrypcji RSS!
O, pograłbym, pograł.
nie przeczytałem, ale usprawiedliwiam się tym, że sam pisałem recenzję tej gry :)
zagrałbym, ale musiałbym płacić M$owi haracz..
Coś się ze mną złego dzieje – wiem, że nie mam konsoli, a i tak czytam recenzje tytułów na nią i… żałuję, że jej nie mam. Cholera, obiecałem sobie, że konsoli nie kupię, a tu dzieje się wszystko, aby to zrobić.
A BF 1943 wygląda na naprawdę porządny kawał gry! :)
Spokojnie, BF 1943 wyjdzie chyba na PC :)
Wyjdzie :)