Recenzja – Dissidia: Final Fantasy

Recenzja – Dissidia: Final Fantasy

Dwadzieścia lat Ostatniej Fantazji za nami. Pomyśleć, że „jedynka” miała być ostatnią, pożegnalną grą umierającego Squaresoftu. Teraz niegdyś-biedne studio jest molochem (w międzyczasie zdążyło połączyć się ze swoim rywalem), a jego flagowa pozycja otrzymała aż dwanaście kontynuacji i niezliczoną liczbę spin-offów. Nadszedł czas na podsumowanie dotychczasowego dorobku Final Fantasy, a czy jest na to lepszy sposób, niż stawienie przeciwko sobie największych herosów i łotrów z serii?Rządzący światem bogowie: Chaos i Kosmos, postanowili raz na zawsze rozstrzygnąć spór o wyższość zniszczenia nad ładem (bądź ładu nad zniszczeniem). W tym celu wezwali po dziesięciu wojowników z różnych światów, żeby zawalczyli na polu bitwy. „Dobro” reprezentują Warrior of Light, Firion, Onion Knight, Cecil, Bartz, Terra, Cloud, Squall, Zidane i Tidus. Po „złej” stronie stoją Garland, Emperor, Cloud of Darkness, Golbez, Exdeath, Kefka, Sephiroth, Ultimecia, Kuja, Jecht. Jak to zwykle bywa w przypadku takich krzyżówek, warstwa fabularna nie wypada najlepiej… ale jest jeszcze gorzej. Dialogi są wręcz obrzydliwe, historia zawiera parę zwrotów akcji, jednak kręci się głównie wokół schematu: „oh, zwątpiłem”, „oh, pomagamy ci” i „oh, dzięki przyjaciołom zdziałam wszystko!”. Śmiem nawet stwierdzić, że opowiastka to najsłabszy element Dissidii. Jej nawet nie sposób zignorować, bo zwyczajnie przeszkadza i irytuje.

Podstawowy tryb gry to Story Mode. W jego ramach dostajemy dziesięć opowieści z cyklu „Destiny Odyssey” – po jednej dla każdego z bohaterów. Łotrów musimy kupić za uzbierane punkciki, żeby używać ich w Quick Battle i jemu podobnych. Wracając do trybu fabularnego: rozgrywa się on na podzielonych na pola planszach, po których porusza się figurka reprezentująca naszą postać. Kiedy wpadniemy na przeciwnika, zostajemy przeniesieni na specjalną arenę i zaczyna się walka. Czasem znajdujemy różne precjoza, pokroju skrzyni ze skarbem czy summonstone’a.

Recenzja – Dissidia: Final Fantasy

Mechanika Dissidii to połączenie japońskiego RPGa z bijatyką pokroju Super Smash Bros. lub Power Stone. Dla naszego awatara możemy zdobyć – wygrać bądź zakupić – coraz to lepszy ekwipunek, za wykonywanie czynności podczas potyczek dostajemy punkty doświadczenia, a wraz z nimi kolejne poziomy. Te wiążą się z podbiciem statystyk i nowymi umiejętnościami. Do tego dochodzą akcesoria podzielone na dwa rodzaje: podstawowe zwiększają nasze statystyki, dodatkowe ulepszają ich działanie zależnie od sytuacji w walce (jesteśmy w powietrzu, przeciwnik wykonuje atak, mamy mniej niż 80% punktów życia i tak dalej).

Wypadałoby opisać, jak wyglądają ciągle wspominane przeze mnie walki. Musicie wiedzieć, że to właśnie o nie chodzi w grze – w żadnym wypadku nie o durną fabułkę czy przechadzki po planszy. Areny są w pełniutkich trzech wymiarach, a stopień skomplikowania niektórych z nich wzbudza szacunek dla twórców. Poruszamy się swobodnie za pomocą skoków i grindowania po niektórych powierzchniach (trochę dziwne, ale przyzwyczaicie się). Każda postać ma dwa typy ataków: zabierające przeciwnikowi i dające nam punkty Bravery, oraz zmniejszające HP. Najprościej rzecz ujmując, ilość posiadanego Bravery determinuje moc ciosów zbijających życie. Komu poziom zdrowia spadnie do zera – przegrywa. Od czasu do czasu na polu walki materializują się tak zwane EX Core. Za ich pomocą (i zadając obrażenia) ładujemy specjalny pasek, pozwalający na wejście w EX Mode, a tym samym zwiększenie zdolności i możliwość wyprowadzenia potężnego ciosu specjalnego.

Brzmi skomplikowanie? Spokojnie, wcale tak nie jest. Ważne, że potyczki są SZALENIE efektowne. Bloki, uniki, czary, multum rozbłysków, bieganie po pionowych ścianach – to wszystko składa się na walki, które wreszcie przypominają epickie starcia z najlepszych anime. Biegnę po kolumnie, ale wróg ją przecina. Odskakuję, próbuję przeszarżować – o tym samym pomyślał mój oponent i odbijamy się od siebie. Wystrzeliwuję pocisk i szybkim susem zbliżam się do niemilca. On unika mojego ciosu, ja jego. W końcu trafiam, a mój przeciwnik z impetem uderza o ścianę. W międzyczasie na planszy pojawia się EX Core – szybko je łapię, odpalam speciala, wykonuję krótkie QTE i rozkoszuję się widokiem Sephirotha obrywającego wieloma ciosami mego Buster Sworda. Albo Tidusa ginącego od zabójczych ataków Kefki, albo…

Recenzja – Dissidia: Final Fantasy

Mechanikę Dissidii mamy z głowy, wypadałoby napomknąć coś o kwestiach audio-wizualnych. Grafika wypada po prostu świetnie. Mnóstwo efektów, szybka animacja (ilość klatek na sekundę praktycznie nie spada!) – po prostu żyć, nie umierać: jedna z najlepiej wyglądających pozycji na PSP. Dobrze spisano się także w przypadku cut-scenek. Większość z nich co prawda działa na silniku gry, ale już nad intrem Square Enix popracowało dłużej i otrzymaliśmy małe dziełko efektownej animacji.

Nie gorzej jest z muzyką. Ścieżka dźwiękowa składa się przede wszystkim ze zremixowanych najważniejszych utworów z serii. Mamy więc „One-Winged Angel”, „Eternal Wind”, czy doskonałe „Terra’s Theme” z Finala szóstego. Różnie natomiast jest z głosami postaci. Niektóre zdążyły już otrzymać swoich voice-actorów (Tidus, Cloud, Sephiroth, Jecht), inne przemawiają po raz pierwszy (Terra, Warrior of Light, Kefka, Emperor). Terra z zagubionej kobiety stała się zagubiona malutką dziewczynką, a Squall Lionheart brzmi… zbyt męsko jak na takiego młodzieńca. Za to wypowiedzi Kefki są tak zwichnięte jak kiedyś w pisemnej wersji i aż „miło” ich posłuchać.

Oczywiście, gra ma swoje wady. Walki niektórych mogą znużyć – jakby nie patrzeć, to bijatyka, a w fighterach potyczki są dość powtarzalne. Innych zapewne odrzuci maksymalny debilizm scenariusza. Trudno także być zadowolonym z poziomu trudności. Tryb fabularny potrafi od czasu do czasu poczęstować nas pojedynkiem, którego pozornie nie da się wygrać… że o ostatnim, odradzającym się bossie nie wspomnę.

Te wady nie zmieniają faktu, że Dissidia: Final Fantasy to świetna gra, która ciągle nagradza gracza i właśnie za pomocą nagród zachęca go do dalszego grania. Tu odblokujemy nowy tryb, tam nową postać, tu zdobędziemy wyższy poziom i świeżutki czar. A wspominałem, że można zapisywać powtórki walk i wrzucić je np. na YouTube? Albo odsłuchać sobie cały soundtrack z poziomu menu? Jeśli jesteś fanem serii, lub choć troszkę interesujesz się kryształami, Leviathanami i Bahamutami Zero – śmiało możesz spróbować.

Plusy: ogrom zawartości, efektowne walki, muzyka

Minusy: niewyrównany poziom trudności, durny scenariusz, może wkraść się nuda

Ocena: 8.5 Dla lubiących serię

Posty o podobnej tematyce:

  1. Dissidia: Final Fantasy otrzyma demo już w przyszłym tygodniu!
  2. Beta Final Fantasy XIV tylko na PC
Jeśli spodobał Ci się ten blog, zapraszam do subskrypcji RSS!

3 Komentarzy do wpisu “Recenzja – Dissidia: Final Fantasy”

  1. Sephirath pisze:

    Egzotycznie. Przyznam się, że przed premierą brzmiało całkiem nieźle. Po premierze brzmi zaś tylko „całkiem”.

  2. Kradziej pisze:

    A co się nie spodobało?

  3. Sephirath pisze:

    Lubię spinoffy, ale są granice. Świat wzniosłych rpgów, moim zdaniem, obyłby się bez efektownej mordoklepki :)

Skomentuj!

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>