Okiem Sepha #9 – Doubleshot

Okiem Sepha #9 - Doubleshot

Niniejszy felieton powinien całkiem dobrze udowodnić tezę postawioną w zeszłym tygodniu – iż Gracze czynni, interesujący się branżą, zdobywają niesamowite ilości praktycznej wiedzy biznesowo-marketingowej śledząc po prostu co się dzieje z ich ulubionymi tytułami. A wiedzę najwyższej jakości czerpmy z dywagacji nad zachowaniem największego branżowego wymiatacza – Nintendo.

Firma legitymująca się niepewnym w swej seksualności hydraulikiem oraz konsolą, której jedynym system sellerem jest machanie gruchą i pilotem musi być hardkorowa. Pracują w niej twórcy, którzy od kilkunastu (kilkudziesięciu?) już lat codziennie zajmują się zaspokajaniem gustów typowo japońskiego Gracza. A że nie chcę znowu wspominać o maszynach sprzedających używane damskie majteczki to przyjmijmy na potrzeby tego tekstu, że jest to Gracz wybitnie pokręcony.

Twórcy Ci uratowali jednak rynek gier w Ameryce w latach 83′-84′ i natłukli dziesiątki franczyz, z których każda zarabia grubą kasiorę jak świat długi i szeroki. Ciężko się nie zgodzić, że Big Ninny to twardy zawodnik. I przy okazji jeden z największych na świecie.

Konsol spod szyldu Game Boy sprzedali grubo ponad 200 milionów (w ciągu blisko dwudziestu lat obecności tychże na rynku). Widać jednak, że ówcześni marketingowcy dopiero się uczyli. Bo obecnie brandy Nintendo (te hardware’owe) to zupełnie inna liga. Wii zeszło ponad 50 milionów w niecałe trzy lata. Lecz najsroższym raperem jest inne cudo. Mowa o konsolce, która kusi tak samo dzieci jak i dorosłych, casuali i hardkorowców, kobiety i mężczyzn. O mającej pięć lat i trzy wersje techniczne platformie, którą kupiło hojnie ponad sto milionów ludzi.

Nintendo DS – bo o nim mowa – to najlepszy przykład logiki rynkowej w wykonaniu japońskiego molocha. DualScreen wygladał koszmarnie. Sprzedał się bosko. W momencie utrzymania się tendencji spadkowej sprzedaży produktu na rynek trafiła wersja Lite. Piękna, wzorowana na cackach od Apple’a maszynka zeszła w jeszcze większej liczbie egzemplarzy niż jej starszy brat. Parę tygodni temu wystartowało DSi. Droższe niż DSL w dniu swojej premiery. Sprzedające się – jak zwykle – bez najmniejszych zastrzeżeń. Godne szacunku. Ale tez przerażające jakby.

Okiem Sepha #9 - Doubleshot

Czytaliśmy wielokrotnie o „polityce błękitnego oceanu” zastosowanej przez Nintendo. Ale czy faktycznie jest ona aż tak nieziemska? Przy śmiertelnej walce PS3 z Xboxem360, z których każde jakimś tam cudem dobija do – odpowiednio – dwudziestego i trzydziestego miliona, Wii schodzi bez żadnych czkawek lepiej od obydwu ‘konkurentów’ razem wziętych. Żeby nie wspomnieć o braku obniżek cen czy znikomym supporcie wartościowych tytułów nań.

PlayStation Portable też  nie jest bezwartościowe. Ma fajne gry, spoko wygląda, ma dobrą kampanię. A nie może dogonić DSa choćby nie wiem jak się starało. Czynnik marki? Moc marketingu? Wpływ casuali?

Ciężko powiedzieć. Z jednej strony Amerykanie są do „białych produktów” silnie przyzwyczajeni. Z drugiej zaś cały sztab reklamowy korporacji zachrzania całą dobę od kilku lat – nie może to pozostać bez żadnego wpływu na branżę. I dochodzą do całego równania jeszcze nasi ukochani Każuale. Osoby pykające od święta, najczęściej nieświadome swojej przynależności do kultury Graczy. Lubiące tytuły proste i przyjemne.

Ciężko osobę zupełnie niezwiązaną z graniem namówić do nocnej sesji w Killzone 2. Co więcej – nawet Halo 3 może być słabym argumentem do „przysiądnięcia na dłużej”. Wii Sports zaś pasują idealnie. bo któż nie umie machać kijkiem. Każdy umie. Parafraza zasady Singstara – niech tylko spotka się grupa a w środku zostanie położone Wii. Na sto procent przynajmniej jedna osoba po takim wieczorku sama sprawi sobie konsolkę.

DS korzysta z innej, lecz równie skutecznej polityki. Otóż jest on reklamowany jako couch do chudnięcia, nauczyciel japońskiego, angielskiego lub przepisów prawa drogowego. Wychodzą na niego miliardy popierdółek przemieszane z ambitnymi projektami. Sytuacja win-win. KAŻDY znajdzie na tej platformie coś dla siebie…

W sumie tematyka geniuszu Nintendo nie wymaga jakiegoś szerszego komentarza. Tak, są tytanami sprzedaży i, tak, mają w pupie dawnych fanów (tych od „złych i trudnych gier”). Ale czy coś się na to poradzi? Raczej nie. Można jedynie się do owczego pędu się dołączyć. Bo w zasadzie to nawet warto. Dla takich tytułów jak MadWorld czy też Professor Layton.

Bądźmy jednak świadomi, że obcujemy z produktem korporacji, która swoimi wynikami przyćmiewa większość sukcesów w naszej branży. Bo o ile każdemu co jakiś czas się w sieciowym shooterze zdarzy zapodać headshota tak Nintendo zasuwa takowe jeden za drugim. A na każde dziesięć zaliczonych dziewięć było podwójnych. Boom.

Posty o podobnej tematyce:

  1. Okiem Sepha #4 – Kupowanie DSa!
  2. Okiem Sepha #5 – Te kulki się dotykają
Jeśli spodobał Ci się ten blog, zapraszam do subskrypcji RSS!

6 Komentarzy do wpisu “Okiem Sepha #9 – Doubleshot”

  1. DarthStan pisze:

    Big Ninny może mi obciągnąć, nic od nich nigdy nie kupie!

  2. Kradziej pisze:

    Boś mhroczny i dojshauy.

  3. DarthStan pisze:

    Nie po prosty Big N skierowane jest na caszuali i dzieciaki do lat 8.

  4. Kradziej pisze:

    I gejów, mówiłeś.

  5. Thompson pisze:

    E tam, po prostu wiemy, co w jakich ilościach się sprzedaje, dlaczego i jak. W rzeczywistości jest jeszcze więcej mechanizmów rządzących popytem/podażą…

  6. DarthStan pisze:

    A fakt, zapomniałem kradziej. Ale nie mów się gejów, a pedałów:)

Skomentuj!

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>