
Dzisiaj znowu zaprezentuję Wam odrobinę inny tok myślenia. Dlaczegóż to? Tnę bowiem wczoraj grzecznie w Final Fantasy IV, farbuję zgodnie z fabułą swe fioletowe kudły na lśniącosiwy kolorek, biegnę gdzie mi każą, leveluję całkiem szybko i… I spotykam takiego bossa, którego nawet podbicie całej drużynie poziomu o blisko jedną czwartą nie przekonuje do przyjmowania na klatę damage’u. Po trzech czy czterech podejściach kartridż poszedł do pudełka. A wieczór był młody. I zza okna wciąż światła trochę padało. Sięgnąłem więc po (pożyczone, yeah) Peggle.
Połowa z Was najprawdopodobniej wyłączyła dawno przeglądarkę, więc pozwolę sobie podejść do tematu dosyć kameralnie. Krótki disclaimer dla tych, których fenomen kulkowania ominął – Peggle to gra, która jakiś czas temu wystartowała w systemie cyfrowej dystrybucji firmy Valve – na Steamie. Od razu grono jej antyfanów osiągnęło zawrotną liczbę 95% świadomych jej istnienia Graczy. Popierdółkowaty tytuł jednak promowano wytrwale i z czasem wspiął się na wyżyny popularności. Na chwilę obecną jest dostępny na prawie każdą platformę (może z wyjątkiem PSP, ale i o tym porcie mówi się w kuluarach). Wciąga tak samo niezależnie od długości posiedzenia – czy grasz dziesięć minut czekając na poczcie czy trzy godziny przed snem – upływ czasu się Ciebie zupełnie ima. Pukasz kulkami o kulki zbijając inne kulki.
Bo taki też jest i cel całości – strzelając bezimiennym punkcikiem z armatki musisz zbić wszystkie pomarańczowe obiekciki umieszczone pomiędzy o wiele liczniejszymi niebieskimi (+ rzadkimi zielonymi, odpalającymi supermoce). Do dyspozycji masz ograniczoną liczbę „amunicji” przy czym po dolnej krawędzi planszy przemieszcza się miska – jeśli po karkołomnych odbiciach po całej planszy Twoja kulka wpadnie w jej przestrzeń, dostaniesz jeszcze jedną szansę na strzał. A do tego są osiągnięcia za styl, w jakim zdobywa się punkty. Zależnie od ilości odbić, celnych strzałów, uratowań kulki, dostaniesz ekstra punkty.
Co w tym takiego rewelacyjnego? Ano nie wiem. Po prostu wciąga. I pomimo oprawy (tęczowe, malowane przez pięciolatka jednorożce to naprawdę NIE TO co lubią tygryski) jest naprawdę jedyne w swoim rodzaju. I – dokładnie jak tasiemcowe japońskie gry fabularne – potrafi przyssać do dwóch ekraników na cały wieczór (to daje po dwie godziny na jeden wyświetlacz!).

Gdzie jest klucz do takiej mocy przyciągania? W końcu jestem raczej pro-RPGowy, w zręcznościówki lubię sobie pograć tyle co mam LBP i mile wspominam Jazza Jackrabitta. Z grami logicznymi zaś mam mocniej do czynienia od kupna DSa. Dlaczego więc jeden trudniejszy boss mnie zniechęcił a powtarzana piętnasty raz plansza z kulkami nawet jeszcze bardziej zachęciła? Po chwili skupienia się na zagadnieniu odpowiedź uderzyła mnie w głowę niczym celnie rzucona patelnia.
Jedno podejście do tego trudnego przeciwnika w Final Fantasy IV to około dziesięć minut. Odczytanie save’a, dobiegnięcie do końca jaskini, przewalenie się przez pomieszczenia w zamku, pogadanie z kolesiem i – w końcu – dosyć długa i żmudna walka. Grindowanie w wymienionej wcześniej jaskinii przez godzinkę i powtórna sesja nacierania na wytrzymałego skurczybyka nie dała zupełnie nic. Straciłem razem jakoś ze dwie, dwie i pół godzinki.
W Peggle zaś zwalona plansza to kwestia dwóch minut maksymalnie. Przy czym konstrukcja figur jest losowana przy każdym kliknięciu w „Retry”, nie można więc wypracować konkretnej taktyki na mapkę. A jako że całość jest bardzo przyjemna i ma niesamowicie dobrze zbalansowany poziom trudności (w moim przypadku było to wręcz „szyte na miarę”. Czułem, że jest coraz trudniej – ani razu jednakże nie miałem ochoty skląć gry i – dajmy na to – pożonglować butelkami) nie ma ani jednego dłuższego przestoju w rozgrywce. A nawet jeśli zatniemy się na jakieś niecodziennej budowli z kulek i małych cegiełek – w dziesięć minut możemy wykonać od pięciu do dziesięciu prób. A z czasem gra nam trochę pomaga – na przykład trzecie i wyższe „Retry” mają prościej rozłożone pomarańczowe kulki. I idziemy dalej. I gramy kolejną planszę. A potem jeszcze jedną.
I to jest piękne. Że przypłacamy nieudane podejście do rozgrywki tylko straceniem minuty, nie zaś dziesięciu. Że wystarczy parę prób i robimy to, co trzeba. W dawnych grach jest bowiem jedna irytująca rzecz – w każdej jednej. Dawny system. Silnik zakładający nieograniczone zapasy czasowe Gracza, uznający za oczywistość jakieś porąbane i wymagające dziesiątek prób nim je rozgryziemy pomysły. I choć część z tych technik jest w pewien sposób urocza (menusy, dziwna mechanika starć), większość niestety zwyczajnie wkurza. Bo gdyby fabuła nie odjęła memu bohaterowi dwudziestu poziomów, gdyby levele były tak zaprojektowane, że nie trzeba grindować trzy godziny, aby pchnąć fabułę do przodu… Nikt, ale to nikt by się nie przyczepił, że spieprzono świętość. Save’y dodane przed każdym „groźnym” dla zdrowia naszej drużyny momentem też wcale nie byłby takie głupie. Ale nie. Po co w remake’u uwzględniać takie zmiany. Przecież tym, co ludzie pokochali w Finalu, było właśnie marnowanie godzin na bzdurnego bossa. Kogo obchodziła fabuła, to ten bezsensownie tracony czas był kluczem do sukcesu. O, albo bieganie pół dnia po pustyni, bo wrogowie mapkę dalej są za silni. Wszyscy to kochamy.
Lubię gry, które przechodzą się nie wiadomo kiedy. Pokochałem Jeanne d’Arc (tak! Znowu o niej!) bo przez dwadzieścia godzin grania za pierwszym podejściem nawet przez sekundę nie zastanawiałem się „ile jeszcze do końca”. Nie było tak, bym musiał długie godziny posłać w kosmos wykonując jakąś prymitywną czynność lub bijąc większego przeciwnika. I jak zasadniczo tolerancję na stare systemy RPGów mam sporą, tak niektórych granic nie można przekroczyć. I stąd chyba popularność takich tytułów, jak wspominany w tekście logiczny shooter. Bo nie wszyscy potrafią znieść randomowe walki uprzykrzające eksplorowanie map. Zaś starczające na kwadrans strzelanie kulkami w kulki przyciągnie każdego. Może najwyższa pora na powiew świeżości w RPGach? Albo robione z mózgiem remake’i tych leciwych? Albo chociaż port Peggle na PSP?
Następny odcinek już 16. Kwietnia.
Posty o podobnej tematyce:
Jeśli spodobał Ci się ten blog, zapraszam do subskrypcji RSS!
Powiew świeżości w RPGach zrecenzuję, jak skończy mi się nawał roboty pozagemono!wej. Zresztą, komputerowi klasycy nie mają większości wspomnianych przez Ciebie wad. Co nie zmienia faktu, że gry logiczne rządzą. [jak się nazywała ta gierka, ze z góry ekranu powoli zsuwają się kolorowe bąbelki a ty musisz strzelać bąbelkami do koloru by zbijać tamte i nie dopuścić, by cię przygniotły?] A „strzelanie kulkami w kulki” brzmi… Dwuznacznie.
Trochę w Peaggle pograłem, ale to jest gra z galerii popierdółka na wolną chwile.
Z kulkowych preferuję Zumę i pochodne – swoją drogą całkiem przyjemna wersja jest na XBLA. Czas idzie niezauważalnie… :)
Masz niezla bibloteke gier na DSa :)
E, swoje mam tylko FF IV jak na razie… Chociaż zbieram się do kupna Chrono Triggera. No i staram się ignorować bogatą ofertę Game.co.uk – mają z shippingiem do Polski idealnie wszystko co mnie na DSa kręci ;)