
Wyjdę na hipokrytę, ale trudno. Przez ostatnie dwa felietony broniłem swą charyzmą i opancerzonym barkiem godności coraz rzadszych gier „dawnego typu” – erpegów głównie. A o czym będzie dzisiejszy tekst? Otóż o mnie kupującym sobie DSa, produkt firmy odpowiedzialnej za boom na popierdółki. Zanim jednak dostanę anonimowy strzał kijem w kolano spieszę z jednozdaniowym wyjaśnieniem – zdecydowałem się na niego tylko i wyłącznie dzięki remake’om prawdziwych arcydzieł. Okej? Nikt niczym nie rzuca? To mogę dalej.
Choć pokusa grania w tramwajach, przed snem i nudnych zajęciach była w pewnym sensie zaspokojona (mam PSP), to nie mogłem się odnaleźć w bibliotece tytułów wypchanej platformówkami i – ogólnie – zręcznościówkami. Okej, nie mam nic przeciwko soczystej sieczce w God of War: Chains of Olympus ale taka zabawa jest trochę za bardzo absorbująca jak na handhelda. Już nawet nie wspominam o klimacie lub komforcie (finiszujcie jakiegoś bossa z wyciszonymi głośniczkami w trzęsącym się pociągu. Yeah!). I skierowanych do mnie pozycji stricte taktyczno-turowo-fabularnych niestety okazało się być mało. Albo słabiej jakości.
Stąd też po przejściu tego, co uznałem za warte grania, a jeszcze przed Ogromnym Renesansem PeEsPe roku bieżącego, zdecydowałem się na karkołomny wyczyn rozbicia skarbonki. Poczytałem przy okazji naprawdę sporo na temat i zdecydowałem, że będzie dobrze się tym z Wami podzielić.
Wspomnę tylko przed przejściem do tabelki o jednej ważnej rzeczy – tak, też miałem „problem” ze zdecydowaniem się na drugą konsolę przenośną. W końcu z całą pewnością nie rozmasterowałem wszystkich genialnych tytułów na PlayStation Portable. A w tych, które przeszedłem nie jestem nawet blisko 100% znajdowania sekretów. Nawet idąc ze sklepu do domu z DSem w plecaku miałem trochę ciężkie serce, że właśnie wydałem kupę kasy na coś… drugiego.
A jak wrażenia po trzech dniach? Zgoła inne. O konsolę Sony się nie boję – sam pisałem, jak bogaty będzie ten rok dla jej posiadaczy. Sam na pewno zaopatrzę się w parę tytułów. W międzyczasie jednak mam prawdziwą skarbnicę cudownych gier o zupełnie innej budowie i pomyśle na byt niż te projektowane dla konkurencji. Bo choć jedni mają God of War, Daxtera lub Final Fantasy Tactics, tak drudzy mogą odpoczywać przy pozycjach z serii Dragon Quest, Professor Layton czy też Ace Attorney. DS jest o wiele silniej nastawiony na moje uwielbione gry strategiczne i taktyczne. Dlatego posiadanie obydwu platform nie dość, że jest wysoce przyjemne to jeszcze daje się racjonalnie wytłumaczyć!

No, a teraz fakty. Dosłownie na dniach wchodzi do naszych sklepów DSi, młodszy brat sprzętu marki Lite. Oto co się o obu sprzętach dowiedziałem podczas krókiego wywiadu po Internecie:
I najważniejsza z różnic. DSi w najlepszym razie będzie 200 zł droższy od Lite. W najgorszym zaś dopłacimy koło 300-350. Dodawszy tę informację do braku kompatybilności z grami z GBA, brakiem Nintendo Polska oraz krótszej baterii.. Cóż. Mój werdykt jest prosty – w tej chwili opłaca się kupić jedynie Lite.
Jeśli jesteście już w miarę przekonani, to jeszcze ostatnia rada na koniec – nie polecam używanych. Niewielu z nas pamięta o naklejeniu na dolny ekranik folijki ochronnej, konsola bez niej zaś wygląda ohydnie już po paru miesiącach. Koszt takiego coverka to niecałe 10 złotych, a pozwoli cieszyć się estetycznym wyglądem (oraz działaniem – trudniej jest „za mocno nacisnąć” stylusem) dolnego panelu o wiele dłużej.
Mam nadzieję, że tekst okazał się pomocny. Choć Big Ninny naszego kraju zupełnie nie docenia, my jego produkty doceniamy jak najbardziej. Dual Screen to wart swojej ceny sprzęt, na który wyszło naprawdę dużo świetnych, grywalnych tytułów. Wahasz się z zakupem? To mogę sypnąć asem z rękawa – na DSa, oprócz wymagających myślenia kolosów, są też popierdółki pokroju Cooking Mama. I są ich miliardy. Zadowolony? Już wiesz jakiego kupić DSa? No, to wio do sklepu!
Następny odcinek już 9. Kwietnia. Pierwsze wrażenia z grania już 11. Kwietnia w Dyskusji #3.
Posty o podobnej tematyce:
Jeśli spodobał Ci się ten blog, zapraszam do subskrypcji RSS!
Dla mnie to i tak dyskusja akademicka (z handheldów mam GameBoy Color i niedawno wróciłem do pykania w Pokemon Gold – i nie wygląda na to, żeby coś się prędko miało zmianić…). Ale miło poczytać, jak ktoś mądry ci doradza co kupić, a i zerkanie Sephowi w [górny] ekran na mniej interesujących lekcjach jest niezłą rozrywką.
NDS to najlepsza, najhojniej obdarzona przez gry (gry w które warto zagrać) konsola i basta. Biblioteka gier jest wspaniała !
Po PSdwójce – najlepsza jaką miałem
…acz biblioteki gier na PC nic nie przebije :D
Dajcie mi netbooka z mocą desktopa, mobilnym netem i WoWem – tylko, że głupio by to wyglądało w tramwaju. Moim zdaniem do grania na NDS trzeba by było mieć trzy ręce albo trzymać smyracza w ustach…
Gadasz tak bo nie grałeś najwidoczniej :) W „The World Ends With You” sterujesz w walkach DWIEMA POSTACIAMI – na dole stylusem, górną zaś – dpadem. Widziałem gameplaye i kolesie bez zbytniej trudnosci robili rozpierduchę jak sie tylko dalo ;)
Jak tak gralem dzisiaj popoludniu na PSPczu w FF: Tactics to sie nie moge przestawic ze NIE, NIE MAM drugiego ekranika ze statystykami. A potem pykam w FF IV na DSie i wszystko jest just fine ^^
DS sux! Jak ktoś lubi mariany i innych pedałów hydraulików itp. jak grze3chu niech kupuje, jak nie to cóż, niech zbiera na prawdziwa konsole, albo kupi se… wodę z promilami.
Zapomniałem dodać, że grz3chu musi grac w gry typu Cooking mama bo błysku światła inteligencji w jego wypowiedziach nie słychać.;)
Ty jak coś walniesz stan ty jak coś powiesz to człowiekowi aż żyłka pęka :D
Ze śmiechu.
Wynlager – A gdzie, w oku?