
Od kilku tygodni zasypuję was różnymi przemyśleniami i faktami związanymi z funkcjonowaniem i użytkowaniem sieci. Jednym z elementów, który przewija się w zasadzie we wszystkich tych tekstach, jest stwierdzenie „analiza” lub „badania”. Robione głównie po to, aby zobaczyć, co zadawala gust konsumenta. Bada się wszystko, od „oglądalności” poprzez reakcje na wygląd danego portalu, a kończąc na zapytaniu o ulubiony kolor damskiej bielizny. Nie będzie to może bardzo odkrywcza myśl, ale większość tego typu działań ma na celu jedno: zarabianie pieniędzy.
Internet to potężna machina do generowania kasy. Każdy, kto startuje z profesjonalną stroną w sieci, liczy na zarobek. Marzeniem jest osiągniecie zysków porównywalnych z Googlem, eBayem czy Yahoo – ich roczny dochód liczy się w miliardach zielonych. Dla przeciętnego zjadacza chleba takie stwierdzenie to czarna magia. Jeszcze zrozumiałe jest generowanie zysków przez eBay, w końcu prowadzi się tam jakąś sprzedaż. Ale na czym ma zarabiać takie Google? Oczywiście, jak wie każdy choć trochę zorientowany w branży, dwa „O” to nie tylko wyszukiwarka. To potężna firma, której działalność dotyka wielu gałęzi molocha zwanego Internetem.
Jednak podstawowym źródłem bogactwa dla przeciętnego portalu jest umieszczanie, w ramach posiadanych stron, reklam. Jak wiemy, reklama sama w sobie jest dziwnym zjawiskiem – nic nie oferuje, a generuje zyski (oczywiście to spore uproszczenie). Natomiast reklama internetowa – o, to dopiero dziwadło. W zasadzie koszty kampanii reklamowej w sieci uważa się za najniższe w branży, przynajmniej w teorii. Wystarczy kawałek pustego miejsca, na którym można zapisać dwa słowa i link. Oczywiście dochodzi do tego sporo możliwości skomplikowania sprawy, a więc i podwyższenia kosztów. I zwykle są to dobrze wydane pieniądze, bo im ciekawsza reklama, tym większa szansa, że zwróci uwagę dużej ilości odbiorców, a co za tym idzie – przyniesie większe zyski.
Utrzymanie w dzisiejszych czasach komercyjnego portalu bez reklam jest praktycznie niemożliwe. I, mimo że uprzykrzają życie takim szaraczkom i świrom jak my, to również dzięki nim zyskujemy darmowy dostęp do tego, co w innym wypadku musiałoby być odpłatne (serwisy informacyjne, fora, hostingi etc.).
Reklama nie jest oczywiście jedynym źródłem zysków w Internecie. Pozostaje jeszcze wszechobecny handel. Obecnie przez sieć można kupić niemal wszystko, od bielizny na romantyczny lub namiętny wieczór po głowicę taktyczną. Sprzedaje nam się też rzeczy o wiele mniej namacalne. Abonamenty do „ekskluzywnych” stron, mptrójki, filmy (głównie pornograficzne, ale trafiają się i inne), czy ukochane przez nas gry.
Oczywiście, moje mówienie o tym wszystkim ma jakiś cel. Sam nie miałem pojęcia o jakich pieniądzach jest mowa, dopóki nie zainteresowałem się bliżej tematem. Jasny gwint, dochód z takiego Googola mógłby załatać dziurę budżetową naszego kraju.

Niestety, jak podkreślałem w poprzedniej „Odysei”, żeby coś zarobić w sieci trzeba sporo farta, pomysł musi się „sprzedać”. Dopiero wówczas zacznie przynosić zyski. Mamy więc potężnych graczy czerpiących z Internetu bajońskie fortuny, oraz różnych drobnych ciułaczy, którzy modlą się, żeby zarobić na funkcjonowanie strony w następnym miesiącu. Tym większe zdumienie i niezrozumienie budzą sytuacje, kiedy komuś udało się wybić, wyrobić sobie markę, a następnie koncertowo zaprzepaścić swój potencjał. Nie wystarczy odrobina geniuszu – żeby przetrwać, trzeba mieć jeszcze parę szarych komórek.
Cały numer z zarobkowaniem portali budzi u mnie nieco mieszane uczucia. Z jednej strony oburzenie, a z drugiej podziw. Podziwiać jest co. To pierwsze zaś, oczywiście, można przypisać myśleniu na zasadzie: „dlaczego oni zarabiają, a ja nie”. Chociaż wierzę święcie, że to nie o to chodzi. To raczej kwestia nieco staromodnego podejścia do „praw rynku”. Zdumiewa i oburza mnie fakt, że w teorii za nic nie płacę, bo przecież dostęp do wszystkiego mam za darmo, ale w praktyce ktoś na mnie zarabia. Budzi się mały podejrzliwy głosik (cynik i fatalista ze mnie), że jednak gdzieś przecież muszę ponosić jakieś koszty.
No i jak się nad tym zastanowić, ponoszę. Muszę godzić się z tym, że odwiedzając jakaś stronę zostanę zasypany „wyskakującymi okienkami”, że moje uszy zostaną zbombardowane kakofonią dźwięków jakiejś fleszowej reklamy, że zmarnuję kilka chwil i mnóstwo nerwów próbując znaleźć „krzyżyk” jakiegoś durnego spota. Krótko mówiąc, płacę i to w bardzo dla mnie nieprzyjemny sposób. Bombarduje się mnie gołymi cyckami, które owszem lubię, ale sam chciałbym decydować o tym, czyje są to cycki. Jestem wyprowadzany z równowagi idiotycznymi melodyjkami i krzykliwymi kolorami. Dla speców od marketingu Internet jest największym wynalazkiem od czasu powstania znaczka pocztowego. Dla mnie ma być źródłem informacji, relaksu i rozrywki, a tymczasem po kilkunastu minutach surfowania po sieci mam ochotę gryźć.
Oczywiście nie podważam prawa firm do zarobkowania na fakcie, że dostarczają użytkownikom pewne usługi. Nawet w czasach realnego socjalizmu „darmowe” miało swój koszt. Jednak pozostaje wrażenie, że jestem jakoś oszukiwany.
Posty o podobnej tematyce:
Jeśli spodobał Ci się ten blog, zapraszam do subskrypcji RSS!
Dlatego zwykle wykupienie „premium membership’ wiąże się nie tylko z odblokowaniem jakiejś zawartości, ale też z usunięciem ze strony reklam :) Dzięki bogu, Google jeszcze nie wrzuciły reklam na stronę domową…
Oj, życiowy felieton, życiowy ;)
Bardzo ciekawy :)
O Jezu… Jasne, że nie ma nic za darmo. Dla mnie cały ten artykuł to „jasne jasności”.