
Dzisiejszy odcinek „Muzyki Gracza” będzie odrobinę inny niż zazwyczaj. Wsadzimy do szafy wszystkie pojedyncze utwory, sety tudzież ambientowe konstrukcje. Tym razem będzie o rocku. I gitarach. I byciu bohaterem. A przede wszystkim o hardkorowych solówkach!
Nie chcę przytaczać historii gier „z plastikowymi wiosełkami” a już na pewno nie będę tykał tego co o Guitar Hero i Rock Band sądzi światowy biznes. Chcę, żebyście sobie przypomnieli swoje sesje w dowolny z tych tytułów (Frets on Fire included). Przypomnieli sobie ból w lewym nadgarstku, w okolicach kciuka lub też środka dłoni. Skojarzyli, jak nieziemskim uczuciem była nirwana osiągana w połowie naprawdę hardkorowej solówki. W tym momencie, w którym Wasz mózg przestawał interpretować widziany obraz. Oczy przesyłały informacje bezpośrednio do ramion. Pomijając umysł i świadomość. Bo, kurde, ja to pamiętam.
Pamiętam moje zdziwienie gdy po raz pierwszy miałem okazję głębiej zapoznać się z Guitar Hero (bo na rożnych imprezach to nie raz, nie raz. Pozdrowienia Sol !). Ot, wiosło ważące nieledwie więcej od zwyczajnego pada. Ładnie wykonane, przyjemne w uchwycie. Spoko. Potem odpaliłem kultowe już wśród ludzi z tego pokolenia Graczy „Slow Ride” i nie uwierzyłem własnym oczom jaki ten system wybitny jest. Pierwsze podejście na easy – 80%. Drugie na medium – 75%. I już na medium zostałem przez kolejne tygodnie. Z czasem zahaczając okazjonalnie o harda. Bo ani przez chwilę nie miałem potrzeby masterować jakiegokolwiek utworu na więcej niż mi się akurat chciało. Bez parcia – zwyczajnie sobie pykałem. I jakby z zegarkiem postać przy mnie to spokojnie by się naliczyło 100 godzin +. Na samym GH 3. Na jednym, zamkniętym zestawie piosenek (Paint it Black ftw!).
Z czasem odkryłem Osu!, które jednakowoż jest już stuprocentowo skillowe. Oraz Frets on Fire, które jednak zaczęło mnie do siebie przekonywać trochę za późno. Bo, słuchajcie, moja nieziemska pasja do ciorania podniebnych solóweczek na plastikowej gitarze dosyć szybko wyewoluowała. Plastik zamienił się w drewno. Buttony w struny. A wiwatująca hala zasłonięta szalejącym gryfem przeistoczyła się w monitor kompa z wyświetlonymi tabami.

Choćby z tego powodu nigdy nie zapomnę wariowania przed telewizorem podczas sesji w GH. Bo one zwyczajnie coś dały. Wniosły ogromny wkład w mój rozwój w życiu ‘prawdziwym’. Tak samo jest ze wszystkim co poznajemy w świecie wirtualnym – grami, ludźmi, zainteresowaniami, sztuką. Dopóki nie przeniesie się do świata poza monitorem – jest bezwartościowe. Cytuję tutaj moją nieocenioną znajomą, która – jeśli to czyta – mam nadzieję, że skojarzy rozmowę.
Zbaczam z tematu, wiem. Ale nic to – tym razem warto. Bo zauważcie, jak fajnie to wszystko się zazębia. Radość z wyczesania pięciu złotych gwiazdek na extreme na ulubionym kawałku jest niesamowita – wiem, bo właśnie taki jeden raz mi się udał. Ale pomimo swojej wybitności nie dorasta nawet do pięt uczuciu, którym jesteście wypełnieni, gdy uda się Wam choćby najprostszy riff na prawdziwej gitarze. I choć w GH byłem niezły po tygodniu ćwiczenia – jak to ładnie powiedziano w Animatrixowym The Second Reinessance – „wtedy było to dobre”. Fascynacja kreowania muzyki wykiełkowała i zamieniła się w dążenie do prawdziwego komponowania (a w międzyczasie moja miłość do jazzu grzecznie podzieliła się na pół z nowoprzybyłym gościem). I choć to będzie już blisko rok jak morduje mych sąsiadów powolnymi, przerywanymi sesjami na totalnym przesterze… Kurde, w końcu na tym polega rock! Nawet, jeśli jego skrzydła wciąż są skulone i nie uformowane w pełni. Ale w końcu się rozwiną. I uderzą pierzem wymiatania o sklepienie kopuły muzyki.
Ha. Po popełnieniu takiej ‘dygresji’ zwyczajowo bym się załamał. Ale wiecie co? Pies z tym. Mam nadzieję, że przypomnieliście sobie chociaż swoje lśniące czystym złotem zasuwanie na plastikowym wiośle. A może i Was spotkało takie olśnienie jak swego czasu mnie? Piszcie, bo temat jest tego wart.
And stay tuned!
Posty o podobnej tematyce:
Jeśli spodobał Ci się ten blog, zapraszam do subskrypcji RSS!
Ja miałem o tyle gorzej, że swój pierwszy kontakt z grami „GHowymi” miałem już po pierwszym kontakcie z gitarą. Kontakt był nieprzyjemny bo wziąłem to plastikowe cuś i chciałem się tym posługiwać tak jak normalną gitarą. Świadomie czy nie miałem odruchu jak z prawdziwego instrumentu i nie potrafiłem się ich wyzbyć. Kontakt więc był bardzo krótki i nie powiem, że przyjemny. Jeśli jednak gra na czymś takim może prowadzić do gry na prawdziwym instrumencie to polecam bo jeśli dla kogoś tutaj gra w GH daje niesamowitą frajdę to niech wie, że gra na prawdziwej gitarze daje 100x. Oczywiście nauka to nie jest ten banał co na kompie, ale i poziom frajdy nie ten, co śmiem sądzić, autor tego tekstu pewnie potwierdzi ;) .
Wymiatanie na plastiku nadal jest modne… Z resztą takie gry mają zdecydowanie bardzo dobrą przyszłość. Czytając ten tekst czułem się, jakbym osobiście to pisał. Też po kolei grywałem w GH, FoF, aż jakimś cudem uzbierałem na prawdziwa deskę. Trzeba powiedzieć, że takie gry też znacznie poprawiają sprawność manualną każdej i zgranie obu rąk co pomaga w rozpoczęciu nauki gry na prawdziwej gitarze…
No, po dwóch latach klasyka przyjąłem kokszenie rocka jak powiew bryzy znad zatoki w przytęchłej kajucie. Choć klimatycznej, to stanowczo pora na odwiedzenie innych miejsc ;)