
– Panie prezydencie, Trilarianie meldują, że zostało pięć minut do Otwarcia.
Prezydent Andrew Norton odprawił adiutanta skinieniem głowy, nie odrywając wzroku od głównego iluminatora, za którym wśród nieskończonej czerni przestrzeni międzygwiezdnej na tle zielonej tarczy Oriona majaczyły okręty Połączonej Floty Trzynastu Ras. Widok był zaiste imponujący – dziesiątki smukłych okrętów Alkari, setki potężnych krążowników Elarian, kilkanaście obdarzonych sztuczną świadomością lotniskowców Meklarów, tysiące Silikonidzkich kanonierek przypominających rozsypane po nieboskłonie kryształy z jakiegoś drogocennego naszyjnika… Jednak Norton, człowiek, w którego ręce złożył swój los cały Sektor Oriona, nie zwracał nań uwagi. Jego spojrzenie utkwione było w olbrzymiej kolistej strukturze, wokół której gromadziły się statki – w Portalu.
Za plecami prezydenta, na mostku okrętu flagowego, panowało gorączkowe ożywienie. Mrrshańscy kanonierzy kalibrowali główne działa, zgrzytając olbrzymimi kłami i wydając z siebie groźne pomruki gdy coś szło nie tak. Obok nich przy skanerach i urządzeniach diagnostycznych ustawiali się ludzie i drobni Psiloni. Gdzieniegdzie przemknął, zgrzytając stawami mechanicznego pancerza, meklarski technik lub. Niebieskoskórzy Elerianie, którzy dzięki swym zdolnościom telepatycznym mieli monitorować ruchy flot i przekazywać informacje dowódcom, stali pod ścianami, okazując ostentacyjne znudzenie. A przecież nie byli to wszyscy. Przy wszystkich bateriach dział na okręcie kotowaci Mrrshanie i mniej uzdolnieni psionicznie Elerianie zakładali się między sobą, kto zaliczy najwięcej trafień. W hangarach piloci Alkari odbierali hełmy od swych klackońskich mechaników a na pokładzie barek desantowych olbrzymi wojownicy Bulrathi i przypominający humanoidalne krokodyle Sakkra nerwowo zaciskali palce na kolbach karabinów plazmowych.
Nie zawsze jednak rasy Sektora Oriona działały równie zgodnie. Jeszcze kilka pokoleń temu galaktyka ogarnięta była pożogą wojny, pochłaniającej dziesiątki światów i miliony istnień. Nie zważając na apele psilońskich mędrców, Trilariańskich filozofów i ludzkich dyplomatów, wojowniczy przywódcy Trzynastu Ras wysyłali na rzeź coraz to nowe armie, a uniwersum stało w plomieniach.
A potem przybyli Antaranie.
Z początku nie było wiadomo, kim są i skąd przybywają. Ich przybycie poprzedzało otwieranie się dziwnych, nigdy wcześniej nie zarejestrowanych dziur w przestrzeni. Po ich odejściu na miejscu kwitnących niegdyś i ludnych światów odnajdywano spalone, martwe kawałki skał. Uderzali bez widocznego planu, rozbijając wszelki opór, nie zważając na próby wykupienia się i błagania o litość. Wydawało się, że po prostu raduje ich destrukcja, że cieszy ich cierpienie miliardów anihilowanych stworzeń i grzmot, z jakim na powierzchnie planet spadały tysiące ładunków nuklearnych.
Podzielona i osłabiona galaktyka nie potrafiła stawić czoła nowemu zagrożeniu. Potężne floty, które nie tak dawno bombardowały bezbronne planety i ścierały się ze sobą w nieskończonych bitwach, szły w rozsypkę i ratowały się haniebną ucieczką. Niektóre rasy zeszły do podziemia, inne ufortyfikowały się na kilku najważniejszych planetach, zostawiając resztę swoich kolonii ich ponuremu przeznaczeniu. Histeria i beznadzieja władały wszystkimi sercami.

Wtedy właśnie Athelias Norton, dziad prezydenta Nortona, rozpoczął największe i najtrudniejsze przedsięwzięcie w historii rasy ludzkiej i całego Sektora – zjednoczenie Trzynastu Ras i wspólne stawienie czoła najeźdźcom. Trzy pokolenia trwała praca ludzkich dyplomatów – a nie była to praca łatwa. Sam Andrew jeszcze niedawno wraz z imperatorem Bulrathi pacyfikował ksenofobicznych lordów z Malara VII, renegocjował kontrakty na broń i surowce z chciwymi, pokurczowatymi Gnolamami i z trudem zażegnywał spory o zwierzchnictwo nad siłami zbrojnymi pomiędzy ptasimi Alkari i gadzimi Sakkra. Całe dnie spędzał w ciemnych zaułkach galaktycznych metropolii, gdzie skryci pod fałszywymi twarzami informatorzy Darloków przekazywali mu tajne informacje. Godzinami przesiadywał w laboratoriach, gdzie drobni Psiloni o pergaminowych skórach i zanurzeni w wypełnionych wodą zbiornikach Trilarianie poszukiwali sposobu na przedostanie się do wymiaru, z którego przybywali Antaranie. Wizytował zrobotyzowane i obdarzone inteligencją fabryki Meklarów, kryształowe pałace Silikonidów, spływające złotem dwory Elariańskich możnowładców. Negocjował ze zbiorowymi świadomościami klackońskich rojów i generałami mrrshańskich armii. I wszystkie te wysiłki zdawały się iść na marne. Aż pewnego dnia Darlokowie donieśli mu o odkryciu Oriona, opuszczonej siedziby mitycznych Orionidów.
Na to wspomnienie do dziś po plecach Nortona przechodził dreszcz. Pierwsza wspólna akcja Połączonej Floty. Widok Oriona, olbrzymiej, zielonej kuli majaczącej w iluminatorach. I Strażnik, gigantyczna machina Orionidów, mająca chronić planetę przed grabieżcami. Jedna czwarta floty obróciła się w kosmiczny pył, zanim połączona siła ognia dziesiątek tysięcy dział ostatecznie unieszkodliwiła przeciwnika. Żałoba mieszała się jednak z radością – na powierzchni planety odnaleziono gigantyczne kompleksy przypominające rajskie ogrody, skrytki wypełnione po brzegi nieosiągalną nawet dla Psilonów technologią i uszkodzony pancernik, w którego ładowni spoczywał zahibernowany Loknar – ostatni z Orionidów.
Loknar. Jedyny żyjący członek rasy, która niegdyś rządziła galaktyką i która pokonała i uwięziła Antaran. To on umożliwił Trzynastu Rasom wykorzystanie starożytnych urządzeń i zbudowanie Portalu – bramy do wymiaru, z którego przybywali najeźdźcy. To on zasugerował umieszczenie go tu, w dawnej stolicy galaktyki – systemie Oriona. I to on, ubrany w mundur admirała ludzkiej floty, stanął teraz koło Nortona i wpatrzył się w iluminator.
– Już niedługo, przyjacielu – powiedział cicho Orionida. – Za chwilę pomścicie wszystkie wasze krzywdy i dokończycie to, czego nie zdołał skończyć mój lud.
– O ile zdołamy – odpowiedział prezydent. Obcy otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale pokręcił tylko głową, poklepał przywódcę Trzynastu Ras po ramieniu i odszedł w kierunku stanowiska Mrrshańskiego admirała.
– Panie prezydencie, Portal otwiera się za trzydzieści sekund – adiutant zbliżył się po raz kolejny, trzymając w dłoni niewielki mikrofon. – Chce pan im coś powiedzieć? – Prezydent skinął głową i wziął urządzenie.
– Żołnierze Sektora Oriona! – na pokładzie każdego z okrętów gigantycznej floty piloci, kanonierzy, technicy i oficerowie, bez względu na wiek, płeć i rasę, jak jeden mąż poderwali głowy, słysząc głos przywódcy dobiegający z głośników. – Mówi do was Andrew Norton. Nadszedł dzień, którego żądały od nas trzy pokolenia. Dzień, w którym Trzynaście Wolnych Ras wydostanie się raz na zawsze z okowów strachu i zniewolenia. Dzień, w którym Antaranie zostaną ostatecznie wymazani z kart historii. Każdy i każda z was – nieważne, admirał czy majtek, strzelec czy technik – musi włożyć w nadchodzącą walkę całą swoją duszę i wszystkie swoje umiejętności. Tylko wtedy bowiem zdołamy pomścić nasze krzywdy i ocalić wszystko, co kochamy.
– Portal Otwarty! – zawołał adiutant. Niepotrzebnie. Nie dało się nie zauważyć, jak w centrum monstrualnej konstrukcji pojawiła się nagle kula światła, przypominająca niewielką – rozmiarów zaledwie przeciętnego księżyca – gwiazdę. Ciężko było nie zwrócić uwagi na fakt, że kula ta rozbłysła oślepiająco, po czym implodowała, zostawiając po sobie jakby cienką nitkę, rysę na rozgwieżdżonym nieboskłonie – wyrwę w rzeczywistości. A już na pewno każdy członek Trzynastu Ras od razu rozpoznałby okręty, które zaczęły z tej wyrwy wylatywać. Każdego z nich straszono nimi w dzieciństwie.
– Nareszcie – powiedział wśród zupełnej ciszy Loknar. Norton przełknął ślinę.
– Naprzód, żołnierze! – zawołał, starając się, by jego głos nie drżał. – Pokażcie im, że to MY jesteśmy prawdziwymi władcami Oriona!
Posty o podobnej tematyce:
Jeśli spodobał Ci się ten blog, zapraszam do subskrypcji RSS!
Co to SF dla ubogich?;) A tak na serio to niezłe, ale jednak wole fantasy.
Ja też, ale po BG2 muszę dać ludziom i sobie trochę odpocząć :)
Przy SF. Co jak co, ale przy Sf nie da sie odpocząć, za dużo trzeba myśleć nad tym co sie czyta, w większości przypadków.