
Gąsienica zgrzytnęła cicho o beton, a mechaniczne stawy zaskrzypiały złowieszczo, gdy robot strażniczy zatrzymał się i obrócił wieżyczkę, lustrując otoczenie. Ukryty za pobliskim kontenerem JC Denton zaklął w duchu. Wiadomo, dostanie się do hangaru prywatnego lotniska, zwłaszcza tak silnie strzeżonego, nie mogło być zbyt łatwe. Zwłaszcza, jeśli znajdowała się w nim baza terrorystów z NSF. Ale przecież, do jasnej cholery, on też nie był byle frajerem. Elitarny agent UNATCO, wydziału Narodów Zjednoczonych zwalczającego terroryzm, wyposażony w cybernetyczne wszczepy i najnowocześniejszą broń – to przecież nie przelewki. Powinien wyskoczyć zza tego pudla i odstrzelić pieprzonemu robotowi parę nadmiarowych antenek, albo chociaż potraktować go granatem EMP i rozkoszować się zapachem smażonych obwodów… Wciągnął głęboko powietrze, spojrzał tęsknym wzrokiem na jaśniejącą w oddali panoramę Nowego Jorku, sięgnął do kabury…
…i zastygł w miejscu, niezdolny się ruszyć ani odetchnąć. Metaliczne skrzypienie robota ustało, światła odległego miasta przestały migotać. Kątem oka Denton dostrzegł gołębia, zawieszonego w pół machnięcia skrzydeł na nocnym nieboskłonie. Niech to szlag, co się stało?
…a tymczasem przed ekranem komputera gracza, który kilka chwil wcześniej wcisnął przycisk szybkiego zapisu, istotnie trafiał szlag, gdy zawieszony komputer odmawiał przyjęcia do wiadomości ctrl+alt+del…
Ta historia jest prawdziwa. Na dodatek po restarcie komputera okazało się, że ów jedyny, quicksave’owy zapis jest nieodwracalnie uszkodzony i odmawia współpracy, zawieszając kompa w ramach hobby. W dokładnie taki sposób jakiś rok-dwa temu odpadłem od jednej z lepszych gier, jakie dały nam lata 90 – Deus Ex.
Pierwsze zetknięcie z dziełem nieistniejącego już studia Ion Storm dla dzisiejszego gracza może się okazać nielichą traumą. Przeciętne estetycznie menusy są tylko wstępem do obrzydliwie kanciastych, kiepsko oteksturowanych i ogólnie wyglądających naprawdę nienajlepiej postaci, jakie za chwile zaczną paradować po naszym ekranie. Tekstury otoczenia niewiele zresztą je przebijają. Niestety – są gatunki, w których grafa starzeje się dość powoli (vide wciąż ładne Heroes of Might and Magic 3 czy ostatnio omawiane Lords of the Realm 2), są gry, które starzeją się z klasą (ja tam wciąż mogę zachwycać się widokami w Morrowindzie), ale Deus Ex niestety nie należy do żadnej z tych kategorii. Do tego dorzućmy animację o wdzięku Lasu Birnamskiego – i już wiemy, czemu niejeden nieodrodny syn epoki DirectX9/10/11 odbije się od tej produkcji z głośnym hukiem.

Co więc ma Deus Ex do zaoferowania tym, którzy zacisną zęby, zmrużą oczy i zagłębią się w jego świat? Cuda, panie i panowie, prawdziwe cuda. Żeby daleko nie szukać – fabuła. Zamotana, wielowątkowa, wieloznaczna, pełna zwrotów akcji i zaskakujących odkryć… Znakomita wizja cyberpunkowego świata niedalekiej przyszłości, opracowana w najdrobniejszych detalach, stanowi tu tło dla opowieści o niejakim JC Dentonie, która mogłaby stanowić kanwę dobrej powieści – a może i całego cyklu książkowego. Zabawę dodatkowo ubarwia galeria ciekawych indywidualności (a wręcz indywiduów) w rodzaju wielkiego cyborga o skłonnościach depresyjnych – Gunthera Hermanna czy emerytowanego generała o tragicznej przeszłości, służącego obecnie jako zwykły kwatermistrz – Sama Cartera.
Drugą olbrzymią zaletą Deus Exa jest konstrukcja poziomów. Zamiast jedynej słusznej drogi, tak popularnej w wielu współczesnych grach, otrzymujemy tu bowiem kawał terenu, po którym rozsypane są ukryte przejścia, boczne drzwi, systemy alarmowe, panele kontrolne, szyby wentylacyjne, wieżyczki, ciemne zaułki, pozycje strzeleckie – no i oczywiście przeciwnicy. To, w jaki sposób osiągniemy zadane cele (i ile poukrywanych tu i ówdzie sekretów przy okazji odkryjemy) zależy wyłącznie od nas. Czatowanie na szczycie wieżowca z lunetą snajperki przy oku, żeby ustalić najlepszą trasę sprintu po dachach i oczyścić ją z terrorystów wymaga nieco cierpliwości i pomyślunku, podobnie jak infiltracja wspomnianego we wstępie pilnie strzeżonego lotniska. Spostrzegawczość, ostrożność, pomysłowość i umiejętność improwizacji są tu ważniejsze od perfekcyjnego opanowania myszki i wypasionych statystyk (ze względu na ich obecność, o czym chyba jeszcze nie wspomniałem, Deus Ex z braku lepszego terminu zalicza się do gier cRPG). Wrażenia z takiej rozgrywki są zupełnie inne, niż w przypadku „zwykłego” RPG czy prostej strzelanki, a rozgryzanie stawianych przez grę problemów taktycznych sprawia całe mnóstwo frajdy każdemu, kto lubi czasem pomyśleć. Choć z drugiej strony nie jest to konieczne – amatorzy szybkich i efektownych wejść, jeśli tylko dysponują wystarczającymi umiejętnościami, mogą większość drzwi otworzyć „z buta” (lub, częściej, „z granata”) i przedzierać się przez szeregi wroga z pieśnią na ustach, nie bawiąc się w żadne subtelności. Łatwo pewnie nie będzie, ale da się jak najbardziej, ba, może to być bardzo odświeżające przeżycie.
Wiąże się to z trzecią, prawdopodobnie najczęściej wychwalaną cechą DX – wolnością. Nie mamy tu co prawda w pełni otwartego świata, jak choćby w Oblivionie, ale dzieło Ion Storm rekompensuje to nam olbrzymimi możliwościami poruszania się w obrębie wytyczonych ram. Na każdym kroku podejmujemy decyzje, od których zależeć będzie dalsza rozgrywka. Dylemat, czy zhakować bankomat by zdobyć dodatkową kasę lub czy podjąć się zadania pobocznego (których jest całe multum, niektóre całkiem rozbudowane i rzucające nowe światło na fabułę) nie jest może aż tak istotny, ale już wybór podejścia do bazy przeciwnika czy sposobu nadania zaszyfrowanej wiadomości mocno wpływa na rozgrywkę. Ale to jeszcze nic – w wielu kluczowych sytuacjach (choćby stojąc oko w oko z człowiekiem, którego kazano nam zabić, a który poddaje się i prosi o łaskę) możemy dokonać wyboru, który zmieni przebieg przyszłych wydarzeń. Wyboru? Wyborów, i to wielu (w przypadku wspomnianej sytuacji – w sumie około czterech)! I choć ostatecznie historia JC Dentona może się zakończyć na trzy sposoby, to liczba ścieżek prowadzących do tych finałów sięga kilku setek.
Tak więc z jednej strony mamy kiepską jak na dzisiejsze czasy oprawę wizualną (bo audio, choć nieidealne, wciąż budzi pozytywne emocje), z drugiej – niezwykłą, oryginalną opowieść sci-fi, którą każdy może rozgrywać w stylu, który mu odpowiada i wracać do niej wielokrotnie, za każdym razem odkrywając coś nowego. Sądzicie, że da się przecierpieć trochę pikseli i ostrych krawędzi, żeby przeżyć coś tak unikalnego? Bo ja owszem!
Plusy: Fabuła, postacie, wolność, rozbudowanie, mnóstwo mechanizmów rozgrywki
Minusy: Grafika i animacja ssą
Próba czasu: 8.0 Maniacy grafiki odejmują dwa punkty, cała reszta cieszy paszcze
Grywalność: 8.9 Wciąż zadziwia, wciąż porusza, wciąż rozwala
Posty o podobnej tematyce:
Jeśli spodobał Ci się ten blog, zapraszam do subskrypcji RSS!
… Machina.
„(…) ruszyła, kto wejdzie pod koła ten uciec nie zdoła. Hola!” :)