
Sephirath: Witamy mile w drugim odcinku Dyskusji czyli naszego specyficznego podcastu, w którym nawet regulowanie głośności nie pomaga na niską jakość dźwięku. Tym razem na start przygotowaliśmy dla Was krótką wymianę zdań na temat niedawnego artykułu z Pewnej Opiniotwórczej Gazety w Polsce.
Otóż według niej już za rok konsole mają jako segment rynku przynosić więcej pieniędzy niż całość naszej rodzimej gospodarki dotyczącej komputerów. Brzmi sensownie jako twierdzenie – w końcu takie ruchy widzimy na calutkim świecie. Uwiera mnie jedynie podpięta pod tekst data. Za rok? W momencie, w którym PCta posiada prawie każdy a konsol sprzedały się jeszcze wciąż tysiące? Bez aktywnego parcia Nintendo na naszych konsumentów? Ej, coś jest nie tak.
Kradziej: No cześć.
Nie pozwólmy, przyjacielu, skakać naszemu kochanemu ciśnieniu z powodu jakiejś gazety. Przede wszystkim – spekulacje spekulacjami, a fakty to sprawa od nich inna. Wyprzedzenie przez konsole PCtów wymagałoby ostrego, błyskawicznego i hucznego wejścia na rynek Nintendo. Reklamy, reklamy i jeszcze raz reklamy – to absolutna podstawa. Ale jak mamy na to liczyć, skoro jest już rok 2009, komunizm wyrzuciliśmy do kosza dawno temu…
Sephirath: Lem pisał, że wystarczy 40 lat, żeby kraj był normalny po epoce socjalizmu.
Kradziej: …a dalej żaden z czterdziestu milionów Polaków nie może oficjalnie kupować gier z Virtual Console i WiiWare? Nawet Microsoft, mający swój biało-czerwony oddział od jakiegoś czasu, zmusza gracza o wyżej wymienionych kolorach do udawania bycia Brytyjczykiem.
W takim razie – czy Big N, nigdy nieobecne na naszym rodzinnym poletku, kiedy już tu wejdzie – zajmie się porządnym marketingiem, czy tylko trzepnie jedną reklamę na pierwszym lepszym billboardzie w Warszawie?

Sephirath: Mam wrażenie, że zgodzimy się w ocenie dzisiejszego zachowania Nintendo. Ten konkretny kolos raczej nie zamierza nagle władować fortuny w Blitzkrieg i przyszłej wiosny podbić całego naszego nadwiślańskiego kraju.
Chociaż przydałoby się. Ogromna rzesza ludzi widzi o wiele bardziej znaną markę w „automatach do gier z bazaru od ruskich” (aka Pegazus) niż w tym, na czym owe pudełka były, z braku innego słowa, wzorowane. Ale nie można mieć wszystkiego. Chwilowo cieszmy się z i tak tytanicznego wysiłku, do jakiego zmuszone są polskie oddziały wszystkich międzynarodowych firm i korporacji dotyczących gier. Nikomu innemu jak im właśnie możemy zawdzięczać trwający ruch, który z pryszczatych, dwunastoletnich graczy robi w opinii publicznej mających wiele zainteresowań dwudziestokilkulatków o, najczęściej, dobrym humorze i świadomości sukcesu odniesionego w życiu. Miło być tak widzianym, nie sądzisz?
Kradziej: No miło, miło. W Stanach grają nawet babcie i Nicole Kidman. W Japonii dodatkowo na ulicy można kupić używane dziewczęce majteczki. W Holandii marihuana jest legalna. Z kolei Polska jest daleko, za – przepraszam, ale już się przyjęło – Murzynami. Granie jest kojarzone z PCtami, na PSP mówi się „gemboj”. O Nintendo nie wie nikt, gdyby moja wychowawczyni z podstawówki mnie zobaczyła grającego na DSie, to zapytałaby „jeszcze z tego nie wyrosłeś?”. Podobna sytuacja z komiksami – dla dzieci. Trzeba zmienić to rozumowanie, i właśnie to powinny się starać robić (i w zasadzie na tym aktualnie polega ich praca) nasze polskie oddziały dużych firm.
Sephirath: Największym problemem jesteśmy w zasadzie my sami. Największą nazywającą siebie graczami (z małej litery, ha!) grupą są takie nastoletnie, piracące co popadnie gnojki zagrywające się godzinami w „światowe nowości” na parę dni przed premierami. Ich pochodną są gnojki-gnojki zasuwające w śmieciowe wydawnictwa kioskowe po dziewiętnaście dziewięćdziesiąt dziewięć. Taki dzieciak najczęściej rozwija się w totalnie skrzywiony sposób – zero chęci do samokształcenia, ambicje na poziomie płyty chodnikowej no i oddawanie wiekuistej czci dziwnym tworom pokroju władców much (nie, nie będę pisał w elo sposób).
Ci jednak, którzy umieją docenić pracę, którą wkładają studia w tworzenie swych dzieł i nie mają nic przeciwko uznaniu tego zainteresowania za swoje hobby naczelne – no, to zupełnie inna klasa. Mam niewysłowiony zaszczyt znać osobiście obydwa typy – rozwrzeszczanego dwunastolatka, który robi setki screenów z „pacz jak wysadziło sztaba w tym kodzie” oraz dwudziestoparolatka na studiach, grającego w to co lubi w wolnej chwili – nie stroniącego jednakże od wypadów na miasto ze znajomymi. Gdybyśmy żyli na kontynencie hamburgerów pewnie jeszcze miałby w tylniej kieszeni wranglerów DSa. Ewentualnie byłby fajną dziewczyną.

Nie klasyfikujmy jednak grup po wieku. Znam także nastolatka, który w grach odnalazł sposób na poznawanie cudownych fabuł. Umie zaciekawić tym co robi innych, robi to w sposób kulturalny i, cholera no, dojrzały! Więc niech nikt nawet nie śmie użyć w rozmowie o podobnym temacie argumentu „taki wiek”. Nie, u kaduka, wcale nie wiek. Zwyczajne niedbalstwo wychowania i skrajna sieka w obrębie ich dostępu.
Kradziej: Jako że już trudno mi coś dodać do nietolerancji kulturowej większej części starszych pokoleń Polaków…
Sephirath: Wiesz, to nawet nie tyle nietolerancja co niezauważanie sensu. Oni bez tego życie przeżyli i tego faktu nie zanegujesz. Przy czym więcej luzu w postrzeganiu by się przydało.
Kradziej: … zajmijmy się może innym tematem, o którym półmordziem wspomniałeś. Fabuła. Niedawno dwóch znanych ludzi powiedziało, że gry są lepsze od filmów czy też nawet i książek w opowiadaniu historii. Zgodziłbyś się?
Sephirath: Dużo porównań na ten temat nawet i ja zrobiłem (zresztą nie raz), więc ciężko powiedzieć, czy się zgadzam czy nie. Filmowe gry (ekstra jakość oprawy) to to co się sprzedaje, książkowe zaś gry (ekstra jakość fabuły) to to, w co wciąż wielu z nas lubi przypykać w deszczowy, jesienny wieczór. Poza tym nie znam wielu hitów kinowych (a już o papierowych tytułach się nawet nie wypowiem), które oferują nam kilka zakończeń w zależności od tego co zrobią „aktorzy” pod naszym dowództwem.
Kradziej: Ważne jest to, co ostatnio – z tego, co wiem – przeżywasz przy okazji Persony 4. Mnóstwo sidequestów i szeroko pojętych czynności do wykonania poza główną osią wydarzeń. W tym tytule wykonujemy przecież zatrzęsie zadań niezwiązanych z fabułą ani samą ścisłą mechaniką jRPGów (walka + dialogi + eksploracja + rozwój postaci): randkowanie, uczęszczanie na zajęcia i tym podobne. Film nie zaoferuje nam aż tylu możliwości zżycia się z postacią, bo byłby zwyczajnie za długi. Natomiast gra video (konkretniej – większość RPG) pozwala nam nawet na długi czas schować główny wątek do kieszeni i zająć się taką na przykład hodowlą przerośniętych kurczaków.
O czym wspomniałem niedawno w Kradziej Sądzi #1 – gry pozwalają lepiej wczuć się w bohatera – często to nasze emocje tworzą fabułę gry. Nie chcę oczywiście ubliżać filmom, ale takich możliwości to one nie mają.
Sephirath: Trafne spostrzeżenie. Chciałbym zobaczyć minę wielu osób na sali w kinie gdyby ktoś ze środkowego rzędu jął się awanturować, że przecież Jimmy powinien zostać z Katie. A już naprawdę chciałbym zobaczyć miny tych ludzi, gdyby wyświetlany Jimmy zawrócił na pięcie i pobiegł jednak za odjeżdżającym tramwajem. Nie, kino swoimi prawami się rządzi, gry swoimi. Książki swoimi.
Ale wiesz, sam powiedz. Chyba nie chciałbyś, żeby każde pojedyncze medium wymagało od Ciebie skupienia i decyzji? Ja tam na przykład nie mam nic przeciwko pooglądaniu co ktoś trzeci dla mnie przygotował…

Kradziej: Jasne, że nie! Zawsze dobrze jest mieć gdzieś „z boku” jakiś durny film o kopnięciach z półobrotu i zdejmowaniu koszuli w połowie bitki (tutaj macham do „Transportera 3”). Ale to gry dają scenarzystom największe pole do popisu, to one najlepiej potrafią zaangażować gracza. Liczę na to, że deweloperzy będą w coraz większym stopniu próbowali wciągnąć gracza w świat ich gry, że podejmą się wyzwania grania na emocjach odbiorcy. W dzisiejszych czasach (kryzys, zwolnienia, zamykanie firm) może to być bardzo ryzykowne, ale jeśli gry mają ruszyć do przodu – jest to sprawa konieczna wręcz.
Sephirath: Ameryki toś nie odkrył, ale jakieś wioski na południu Kazachstanu – może. Gry takie jak Shadow of the Colossus albo ICO to wciąż pojedyncze przykłady bawienia się nastrojem widza, ale… Ale są – i nie są same. Nie chcę sztucznie rozciągać tego i tak trudnego do przeczytania tekstu, ale nie zapominajmy chociażby o aż nazbyt często na Gemono! przytaczanej Jeanne d’Arc. Spójrzmy na dawne RPG takie jak Baldur’s Gate I & II, Planescape Torment albo – z nowszych – Knights of the Old Republic (swoją drogą polecam tekst o drugiej części Wrót Baldura). Każda z nich oferowała dużo dylematów, dużo zastanawiania się i przywiązywania do postaci. I choć mają status kultowych – wciąż wzorujące się na nich tytuły nie osiągają topów sprzedaży. Aż tak wielu z nas, Graczy, to maniacy Wii Fit oraz kolejnych bezimiennych shooterów?
Kradziej: Nie, zwyczajne i proste „nie”. Te wszystkie bezimienne shootery nie sprzedają się w AŻ TAK zatrważających ilościach (kogo ja próbuję oszukać?), a Wii Fit to, no cóż, WII Fit. WII.
Jak myślisz – czy rynek gier dalej będzie się kręcił w tym malutkim pomieszczeniu „casual only”, pozbawionym jakiś porządnych okien na świat? Czy może też wyjrzy na zewnątrz i zorientuje się, ile możliwości rozwoju ma przed sobą? Wbrew pozorom ostatnimi czasy nie jest z tym wszystkim tak źle, jak mogłoby się wydawać – EA zupełnie zmienia politykę, wydaje ciekawe i pomysłowe pozycje. SEGA przygarnęła Platinum Games, a ci już dostarczyli świetnego MadWorlda…

Sephirath: Nie zapominajmy też o Dead Space na Wii. Zasłyszałem w tramwaju niedawno opinię, że koleś jest gotów i samą konsolę dla tej gry kupować. „Żeby poznać całość opowieści”. A co na to Ninny? Ma swojego tajemniczego człowieka w Warszawie. Pan ten (lub Pani – konspiracja sięga nawet podstaw identyfikacji) przesiaduje całe doby w ściśle strzeżonym ośrodku i robi tyle co i widać. Niewiele.
Ale z drugiej strony naszym prężnym sklepom internetowo-kanciapowym i tak należy się jedynie pochwała. W końcu dzięki nikomu innemu lecz im właśnie mamy jakąkolwiek bazę Białych Konsol w Polsce. Przecież w takich sieciowych sklepach z RTV to konsole z Redmont i Tokio schodzą jak bułki (no, te pierwsze jak kajzerki – te drugie może raczej jak dwukilowe chałki) a właśnie Wii stoi i grzeje półki.
Kradziej: No tak, my tu sobie besztu-besztu Nintendo za nieobecność i – użyjmy słownictwa półpodwórkowego – olewanie Polaków, a tu Microsoft z drugiej strony sobie niewiele ładniej poczyna – niby 360 jest w Polsce oficjalnie i tak dalej, ale jakoś Live’a nam nikt nie zapewnił.
Sephirath: Kasa, przyjacielu, kasa.
Kradziej: Nie smęć.
Dobra, stary, gada się fajnie, ale czytelnicy pewnie już usnęli bądź utopili się w kubku z herbatą. Na zakończenie może – w co tam ostatnio gierasz? Jakieś szczególne nabytki może (no poooochwal się!)?
Sephirath: Dobra, skoro mnie tak podle podpuszczasz to chyba się sypnę. Załatwiłem sobie parę dni temu DS Lite – lśniącą, białą (TAK!)
Kradziej: RASISTA!
Sephirath: …konsoleczkę. Przez którą swoją drogą już trzecią noc się nie wysypiam, ale warto, warto. Co męczę? Co zrecenzuję? Co i jak załatwiłem? O tym w osobnym tekście, żeby nie przedłużać. Powiem tylko tyle, że nawet Persona zeszła na drugi plan przez nowy nabytek. A jak tam u Ciebie się prezentuje granie?
Kradziej: Nieźle. W Chrono Triggerze już jestem baaardzo blisko końca (w każdym razie gra mi tak mówi – możliwe, że mnie oszukuje… byłby to kolejny GENIALNY patent zastosowany przez twórców!), więc możecie spodziewać się recki w niedługim czasie (polecam rozpiskę).
Poza tym – dorwałem World of Goo w wersji PCtowej – 20 polskich złotych za taki kawał kodu to nic, zwyczajne NIC. Szczerze polecam, recenzja pewnie też niedługo trafi na łamy Gemono!
To by chyba było na tyle, nieprawdaż? Podsumujmy: chcemy Big N w Polsce, żądamy Live’a w – zaskoczenie – Polsce, staramy się nie być zbytnio optymistycznymi na temat rzekomego „przegonienia pecetów przez konsole” w naszym kraju. Może do tego dojdzie za rok, może za dziesięć – ale stanie się to na pewno. Prawie na pewno jednak nie w najbliższej przyszłości. Chyba, że Blizzard wypuści World of Warcraft II z abonamentem tańszym od aktualnego o 10 centów.
Żegnamy się więc z wami i do przeczytania za dwa tygodnie! ARRRR!
Sephirath: Nie mam nic dodania. Może jedynie warto się odrobinę bać dnia dziewiętnastego września (Talk Like A Pirate Day) skoro Kradzieja tak nosi w stronę pirackiego żargonu. A tymczasem – johoho i butelka rumu.
Kolejna dyskusja już 11. Kwietnia.
Posty o podobnej tematyce:
Jeśli spodobał Ci się ten blog, zapraszam do subskrypcji RSS!
A więc tak:
- z komiksami i docenieniem ich „dorosłego” aspektu w Polsce naprawdę jest średnio, dzięki za wspomnienie o tym :D
- W gry za 19.90 z kiosków grają, z tego, co pamiętam z wywiadu z kimś z CI, głównie ludzie nie interesujący się na codzień grami, a nie pryszczate bahory ;P No i przypominam, że kiedyś za tę cenę nabyć można było choćby Etherlords 2 [nabyłem!] a teraz – Puzzle Questa [do tyłka ten Empik w BlueCity, nie było :(], więc bez generalizowania proszę :)
- Paradoksalnie, gry oprócz wielkich możliwości tworzą też wielkie zagrożenia dla scenarzystów – nie da się bowiem do końca przewidzieć, co zrobi gracz, jeśli nie zamknie się go w bardzo ciasnej klatce. A wtedy, jeśli projektanci nie mają dość talentu, by tę klatkę zamaskować, robi się z tego trójwymiarowa paragrafówka (ktoś jeszcze pamięta, co to?). Oczywiście, alternatywą jest działanie a la Elder Scrolls czy GTA – jest główny motyw, motywy poboczne, wszystko ładnie zaprojektowane, chcesz, to się baw, nie chcesz – to w każdym momencie możesz się od fabuły oderwać.
- ” czy rynek gier dalej będzie się kręcił w tym malutkim pomieszczeniu „casual only”, pozbawionym jakiś porządnych okien na świat?” <- cytując Garfielda, „malutkim bym go nie nazwał”. A oknami na świat są choćby (moim zdaniem) Flower [artyzm w casualu] czy Puzzle Quest [casualowa mechanika + niecasualowa nadbudówka + półcasualowy klimat]
- W World of Goo grałem demko i mi się spodobało, ale wydawać kasę? Chyba za mało casualowy jestem. A, w necie można też znaleźć freeware, w którym za pomocą identycznych mechanizmów i nieskończonej liczby kulek budujesz dla własnej radochy jak najwyższą wieżę. Zero ograniczeń, fun na jedno czy dwa popołudnia.
- Znów cholerni szowiniści nic prawie nie wspomnieli o komputerach… :(
Brat mojego kolegi zagrywa się w Terrorist Takedown 2 i nazywa Personę „kupą” bo nie można zabijać wszystkich :) Oczywiscie gra w to tylko dlatego ze sciaga nowego CoDa.
Ciągle smęcisz o tym, jak to wstrętni kapitaliści, mając hardkorowców w głębokim poważaniu, inwestują w casuali. Pff, w końcu biznes growy to BIZNES growy a nie biznes GROWY. Jeśli okaże się, że jakaś gra się swietnie sprzedaje, to nikogo nie będzie interesowało komu się ona podoba, tylko to ŻE się podoba. I będzie niemal pewne, że pojawią się naśladowcy.
No właśnie – naśladowcy. Zombiaki (akurat nie za bardzo casualowe toto nie jest, ale…). „Zombie Mody” do CSa i CoDa, Dead Rising, L4D, w końcu Nazi Zombies w CoD WaW. Zombiaki są w cenie – i dlatego developerzy pchają te niemartwe stworzenia do swoich gier.
A Graczem godny jest nazywać się osobnik, króry nie piraci, nie gra w gry „RZEBY ZABIAĆ¡!!” (oczywiście trochę głupawego mordowania nie zaszkodzi, ale z umiarem…) i szuka w grach czegoś więcej niż krwi i grafiki. Potrafi docenić produkcje sprzed dekady. Ale komu ja to mówię ;)
Faktycznie musimy lekko zmienić płytę. Dużo doniesień o przenosinach ciężaru rynku na konsole, uświadomienie sobie dlaczego Nintendo w środku kryzysu ma kolejne 50% podwyższenia sprzedaży… To zmusza do smęcenia ;) No, ale wystarczy.
„Dużo doniesień o przenosinach ciężaru rynku na konsole (…) To zmusza do smęcenia”
Ha, wylazł z niego kryptopecetofil :)
Zmiany, melancholia, sentyment. Żaden tam tofil :P
Właśnie to podwyższenie sprzedaży Ninny mnie najbardziej dziwi. Przecież (teoretycznie) to casual powinien nie inwestować w „te głupie gry”, a hardkorowcy powinni kupować gry bez względu na kryzys. Zresztą nawet jeśli pan Kowalski miałby kupować gry, to raczej na peceta (który stoi w większości domów) a nie na konsole. Już nie mówiąc o tym, że gry na peceta są zwykle od 2 do 10 razy tańsze.
Ale pan Kowalski mieszka w Polsce, a nie Ameryce, UK, Włoszech :)