
Lato zbliża się ku końcowi, nadchodzi kres leniwego wylegiwania a początek poważnych życiowych przewartościowań, zmian priorytetów i kryzysów osobowości (znaczy się, szkoły). W związku z tym także i GemonOLD czeka delikatne odświeżenie wizerunku. Po pierwsze – przy opisywanych grach pojawią się oceny w dwóch kategoriach (grywalność i próba czasu, czyli czy współczesny gracz jest w stanie to odpalić bez wysypki). Po drugie – zdarzać się będą (powiedzmy, raz na miesiąc) bardziej ogólne felietony związane ze starymi grami. Pierwszy z nich macie niniejszym przed oczyma.
Zwykle w naszym kąciku weterana wspominamy różne znakomite gry, które w mniejszym lub większym stopniu zniknęły z ludzkiej pamięci. Dziś dla odmiany pozwolę sobie opowiedzieć nie o pojedynczych produkcjach, a o całych gatunkach, które znikły w pomroce dziejów. Jak być może pamiętacie, nie tak dawno jeszcze wieszczono upadek klasycznych gier przygodowych – teraz, dzięki wysiłkom Benoît Sokala (Syberia), studia Quantic Dream (opisywany tu Fahrenheit) czy Lucas Artsu (który wznawia swoje klasyczne serie – Sam & Max, którego darmowy epizod macie tutaj oraz kultowe Monkey Island), stanowią one jeden z najszerzej eksploatowanych gatunków gier. Podobnie z platformówkami, które, po latach niebytu, powróciły w glorii i chwale dzięki systemom internetowej dystrybucji i pasjonatom w rodzaju Jonathana Blowa, autora genialnego Braid. Są jednak takie typy gier, które wciąż czekają na swoich wskrzesicieli. Turowe strategie historyczne w rodzaju Panzer General, z planszami podzielonymi na heksy (sześciokąty) i masą dziwnych cyferek. Filmy interaktywne, pozwalające kierować przebiegiem nagranych na taśmę filmową z udziałem profesjonalnych aktorów opowieści. Gry tekstowe, w których kunszt grafików zastępowała potęga wyobraźni gracza. Takie gry już właściwie nie powstają, a i grywa w nie mało kto. Spoczywają w bezimiennych, zbiorowych mogiłach zakurzonych piwnic i tylko brzozy szumią o ich niegdysiejszej świetności.

O ile jednak wymienione gatunki umarły z powodu nieprzystosowania do realiów i gustów gawiedzi, o tyle jest jedna ofiara Chronosa, którą do dziś opłakują szerokie rzesze graczy. Mówię tu o symulatorach kosmicznych. Jest/był to jeden z najwspanialszych gatunków w historii branży gier wideo, dający upust dziecięcym snom o podróżach do gwiazd, rozpalający wyobraźnię fanów filmów sci-fi i ludzi uzależnionych od adrenaliny. Powiedzmy sobie wprost – ilu z nas (mówię głównie do facetów, choć kilka pań też się pewnie znajdzie) nie marzyło nigdy o własnym statku kosmicznym, kilku działach laserowych podpiętych pod joysticka, odrobinie trefnego ładunku w ładowni i bezkresnym przestrzeniom kosmosu, pełnym przygód, okazji i wyzwań? Ile produkcji – należących do dowolnego typu gier – może się cieszyć tak pełną czci pamięcią, jak legendarny TIE Fighter, symulator imperialnego myśliwca z Gwiezdnych Wojen wydany jeszcze w 1994 roku, który, ze względu choćby na niezwykle mocny starwarsowy klimat, dojrzałą, nieugrzecznioną wizję Imperium, oraz oczywiście znakomity gameplay, do dziś uważany jest przez wielu za króla gatunku (a przez niektórych za najlepszą grę wideo w ogóle)? Ile współczesnych gierek, idących w casualowatość i prostotę, zawiera tak olbrzymi świat, pełen przygód, niebezpieczeństw i wyzwań, jak przybywający z Orwellowskiego roku 1984 Elite, w którym na jednej dyskietce (sic!) zmieszczono cały Układ Słoneczny? Albo daje tyle różnorodnych możliwości, co następca Elite’a, Wing Commander: Privateer? Dziesiątki systemów gwiezdnych połączonych zależnościami handlowymi, siedem zróżnicowanych frakcji i tyle sposobów na wirtualne życie, ile tylko dusza wytrawnego wilka kosmicznego może zapragnąć… A co z niesamowicie emocjonującymi starciami i znakomitą, pełną niespodziewanych zwrotów akcji fabułą, które uczyniły nieprzemijającą legendą Freespace 2: Colossus, najznakomitszy (moim skromnym zdaniem) symulator kosmiczny w historii? Trzymające w nieustannym napięciu patrole przez mgławice (z przeciwnikami atakującymi znienacka, niczym duchy), monumentalne bitwy pancerników, rozpaczliwe ataki bombowców na superpotężne okręty wroga – Ravanę i Sathanasa, wreszcie niezwykła, poruszająca ostatnia misja, w której jak rzadko kiedy gracz ma okazję posmakować bezsilnej frustracji i rozpaczliwej nadziei – miód, czysty miód. A do tego fenomenalna grafika (która zresztą do dziś nie straszy tak bardzo), znakomicie wyreżyserowane misje wspierane klimatycznymi odprawami i GENIALNYMI dialogami (wykastrowanymi niestety w wersji polskiej), wiarygodny świat, zróżnicowany i bardzo dobrze pomyślany sprzęt latający i strzelający, sensowne AI… Wybaczcie, rozmarzyłem się. Jak kiedyś uda mi się dorwać pełną wersję angielską, możecie być pewni, że poświęcę Freespace’owi niejeden odcinek GemonOLDa. Tak znakomitych gier już po prostu niemal nie robią.
Właśnie, miałem przecież mówić o gatunku wyginiętym. A przecież space simulatory wciąż żyją i mają się nieźle, co roku wychodzi coś nowego… Tak, owszem. W latach 2008-2009, odliczając MMO, produkcje na komórki i arcade’owe strzelanki, dostaliśmy 2 dodatki do X3 (seria X, na marginesie, jest ostatnią wielką marką wśród nastawionych na eksplorację i handel symulatorów kosmicznych; wielki szacun, proszę), kiepskie Dark Horizon, Galactic Command – Echo Squad, czyli pociętą wersję nigdy niedokończonej gry (też kiepawą), Heresy Wars, dzieło półamatorskiego rumuńskiego studia… W gruncie rzeczy przez te dwa lata wyposzczeni fani otrzymali jedną sensowną produkcję – Evochron Legends. Myślicie, że to wystarczy, by nazwać gatunek umierającym, jeśli nie martwym? W tunelu majaczy co prawda kilka nikłych światełek (ponoć robi się Elite IV!), ale w praktyce na dzień dzisiejszy najlepszą propozycją dla maniaków laserów, radarów i hiperprzestrzeni jest rozejrzenie się po niezwykle bogatej scenie moderskiej. Szczególnie godni podziwu są ci moderzy, którzy za pomocą udostępnionego w 2002 jako open source silnika Freespace 2 dokonują prawdziwych cudów, rewitalizując klasyka i tworząc nowe kampanie, osadzone w słynnych światach sci-fi (Star Wars, Battlestar Galactica, Babylon 5). Zainteresowani mogą sprawdzić stronę główną projektu.
To tyle wspomnień na dziś. Mam nadzieję, że w kolejnych odsłonach GemonOLDa uda się jeszcze powrócić w nieskończone przestrzenie kosmiczne. Tymczasem zaś – za każdym razem, gdy spojrzycie w gwiazdy, wspomnijcie o tych, którzy szybowali wśród nich na ekranach swych monitorów. Salve.
Posty o podobnej tematyce:
Jeśli spodobał Ci się ten blog, zapraszam do subskrypcji RSS!
Podoba mi się ten felieton:) Chyba sobie odpalę Freelancera 2:) Tak na marginesie, to pomyślcie jak bardzo wyewoluowały i przede wszystkim gracze, gry to teraz wielka część biznesu, a po takich felietonach jak ten (sorry za wazelinę Ufnal:)), jestem pewien, że gry stają się częścią Kultury. Przez duże „K”.