
Wakacje nieubłaganie zbliżają się do półmetka. Dla wielu Graczy jest to moment krytyczny – sterta gier zakupionych/odłożonych z myślą o wakacjach zaczyna się nieubłaganie kurczyć, gorących premier jak na lekarstwo – a jakoś zapełniać czas trzeba. Może sięgnąć starsze pozycje, które od lat dostojnie pokrywają się kurzem na półce? Ba, ale które? I tu z pomocą przychodzi GemonOLD, opisując Wakacyjne Klasyki.
Po Heroes of Might and Magic III, grze znakomitej, ale dość w sumie poważnej, pora na coś lżejszego…
Czteroosobowy oddział przebijał się przez gęstą dżunglę z bazookami wymierzonymi w ciemne listowie. Poruszało się im ciężko – nie mogli odgarniać wszechobecnych gałęzi rękami, bo te były zajęte bronią. Nie mogli też odpychać ich nogami, bo ich nie mieli. W końcu byli robakami. I to w dodatku różowymi.Naraz ich dowódca – stary wiarus, noszący na odwłoku niejedną bliznę – zatrzymał się, nasłuchując. Przychodziło mu to z wielkim trudem, gdyż, jak wiadomo, robaki słuchu nie mają, ale radził sobie dzielnie. Teraz zaś jego uszy (których nie miał, ale nie czepiajmy się już) wychwyciły jakiś niepokojący szelest…I miał rację. Zaledwie parę metrów od dzielnych robaczych marines, ukryty za wyjątkowo dorodnym drzewem, czyhał inny robak. W jego dłoni, zamiast potężnego gnata, spoczywał niewielki pilot. A jednak gdyby nasi różowi bohaterowie mogli go widzieć, nawet w ich nieustraszonych bezkręgowcowych sercach zalęgłby się strach… Robak uśmiechnął się szkaradnie słysząc, że jego oponenci stanęli w miejscu. Na to tylko czekał. Zachichotał najciszej jak umiał i wdusił przycisk…„Słyszycie to?” spytał dowódca w robaczym języku zadziwiająco przypominającym polski, rozglądając się niespokojnie. W jego uszach (?) narastał świst. „Panie dowódco! Tam!” wrzasnął nagle jeden z jego podkomendnych, wskazując niebo. Cały oddział jak na komendę uniósł głowy……na które z donośnym „OINK!” spadł kilkudziesięciometrowy betonowy osioł z cokołem, wgniatając nieszczęsne robale w ziemię i żłobiąc w niej monstrualnych rozmiarów dziurę, gdy jego cokół raz po raz odbijał się od gruntu i spadał ponownie, grzebiąc resztki różowawego mięsa pod zwałami ziemi.Robak – zasadzkowicz zaśmiał się ponownie, tym razem pełną piersią (?). Obwieściwszy w ten sposób całemu światu swoją satysfakcję, odwrócił się i zagłębił z powrotem w mroki głębokiej dżungli. Miał jeszcze trzy zrzuty napalmu i tylu frajerów do upolowania…
Worms. Minęło 14 lat od powstania pierwszej części tej serii i 6 od jej przejścia w trzy wymiary w Worms 3D (co równało się wejściu na równię pochyłą, z której – przynajmniej na PC – jeszcze nie zeszła), a wizja różowej dżdżownicy z bazooką wciąż przywołuje uśmiech na twarz niejednego Gracza. I nic dziwnego. Mało który tytuł przekonał do siebie tak szerokie rzesze ludzi o zupełnie różnych gustach gierkowych. Ba, kojarzy go (pozytywnie!) nawet wiele osób absolutnie z grami niezwiązanych (na przykład moja mama). Recepta na sukces była w tym przypadku prosta – absurdalny pomysł wyjściowy (robale z gnatami? No proooszę…) plus przyjazna dla początkujacych, ale dająca spore możliwości mechanika rozgrywki (robale różnych drużyn ruszają się na zmianę i mają ograniczony czas na wykonanie ruchu, sterowanie składa się z 6 przycisków + mysz, trzeba uwzględniać wpływ wiatru na tor lotu części pocisków, przy odrobinie samozaparcia całą planszę da się zrównać z ziemią). Dodajmy do tego olbrzymią porcję humoru – czasem sympatycznego (wygląd i głosiki wormów powalają, podobnie jak bronie w rodzaju Bananowej Bomby i Świętego Granata Ręcznego), czasem mniej (wybuchająca staruszka czy samonaprowadzający gołąb pocztowy, powtórki co bardziej widowiskowych śmierci z aplauzem widowni), zróżnicowanie uzbrojenia (do wyżej wymienionych dochodzi choćby wywoływacz trzęsień ziemi, cios a la Dragon Ball czy Waza z Dynastii Ming) i plansz (losowo generowanych lub, w niektórych częsciach, przygotowywanych w edytorze). Wreszcie, co niezwykle istotne, Wormsy zawsze stawiały w dużej mierze na rozgrywkę wieloosobową. Ba, część pierwsza w ogóle nie miała singla!
Co by jednak nie mówić – wieloosobowe robaczenie to jest to. Trudno opisać satysfakcję towarzyszącą wpakowywaniu w tyłek ostatniego robaka kolegi odpalonego dynamitu czy pracowitemu „snajpieniu” z wyrzutnią rakiet, tak, by podmuch wiatru zaniósł pocisk w odpowiednie miejsce. Również wszelkiego sortu superbronie – od Francuskiego/Hinduskiego Testu Nuklearnego, przez Deszcz Wybuchowych Owiec po Betonowego Osła – smakują najlepiej, gdy po ich odpaleniu można odchylić się na krześle i obserwować miny kumpli. A te opowieści, które krążą potem wśród znajomych… (Do dziś pamiętam, jak, mając 3-4 żywe robale przeciw jednemu wrogiemu zdołałem rzucić Bananową Bombę tak, że zabiłem wszystkich swoich, nie drasnąwszy nawet przeciwnika…) Magia, czysta magia.
W ramach wisienki na szczycie tego wielgaśnego wakacyjnego tortu (znając robale, z wybuchową niespodzianką) – późniejsze części dwuwymiarowych Wormsów (Armageddon i World Party) właściwie wcale się nie zestarzały. Ręcznie rysowana, kolorowa i zrobiona z jajem grafika w połączeniu z sensownymi rozdzielczościami sprawiają, że każdy posiadacz nie-panoramicznego, nie-gigantycznego ekranu może delektować się robaczym mięskiem bez obaw o wrażenia wizualne. Dźwiękowo? Również bez zarzutów. A słynna melodia odpalająca się w momencie wyrzucenia Świętego Granata Ręcznego do dziś niejednemu zapewne śni się po nocach…
Na koniec drobna przestroga. Pamiętacie, co mówiłem o spadku poziomu z chwilą wejścia w 3d? Niestety, Worms 3D, Worms: Forts i Worms 4 w porównaniu z dwuwymiarowymi poprzednikami najzwyczajniej w świecie zasysają. Konsolowcy od jakiegoś czasu mogą się cieszyć swoimi edycjami robaczków, ponoć lepszymi. Ja jednak, jako nieufne stworzenie a przy tym pecetowiec z krwi i kości, pozostanę przy Worms 2, Worms Armageddon czy Worms World Party, co i Wam, drodzy Czytelnicy, serdecznie polecam. I wracam do nawalania Betonowymi Osłami w niczego się nie spodziewających przeciwników. Miłych wakacji!
P.S. GemonOLD w sobotę to nie do końca planowane dziecię wakacyjnego grafiku. Najbliższe Ufnal Kulturalnie też wyląduje prawdopodobnie w tym dniu, a co będzie dalej – zobaczymy.
Posty o podobnej tematyce:
Jeśli spodobał Ci się ten blog, zapraszam do subskrypcji RSS!